|
MERCEDES 115 - TO JAK PIĘKNA I DOJRZAŁA KOBIETA
- JEDNEJ I DRUGIEJ NIE NALEŻY ROZBIERAĆ!!!
Ponieważ konieczność awaryjnego holowania któregoś z wyrobów ludowego
przemysłu motoryzacjnego z czasów PRL-u czasem się zdarza, to i niestety
jest kłopotliwe od pewnego już czasu zastanawiałem się nad nabyciem auta,
które "robiłoby" za holownik lub ciągnik do lawety. Padło na mercedesa
115. Szukałem, przeglądałem ogłoszenia prasowe i internetowe, aż natrafiłem
na coś co wydawało się być interesującą ofertą. Pojechałem te ponad 500 km,
obejrzałem i nabyłem. I oprócz stania się szczęśliwym posiadaczem ponad
30-letniej limuzyny ze wspomaganiem - drugi raz w życiu dałem się
"walnąć w rogi" jak zwykły żółtodziób. Może pewnym pocieszeniem jest
to, iż nie poznali się na tym picowaniu również zaprzyjaźnieni mechanik
i lakiernik. Ale zaczęło wyłazić "szydło z worka", a styropian
w małych kawałkach z nadkoli tylnych i wnętrza drzwi…
Trzeba było się poważnie zastanowić nad remontem blacharki i ponownym
położeniem lakieru. I wtedy przy rozbiórce, jak przy dobieraniu się do
kobiety dojrzałej i po przejściach nie raz jeden chciało się zapłakać…
Na szczęście udało się znaleźć dzięki rodzinie porządny zakład
blacharsko-lakierniczy w Olsztynie, który podjął się remontu. A było co
przy niej robić.
Komplet nowych błotników przednich, pas przedni, reperaturki tylnych
udało się bez problemu za stosunkowo niewielkie pieniądze kupić w jednej
z warszawskich hurtowni, a gumy szyb i uszczelki drzwi sprowadzić z Niemiec.
Dziś z nowym pięknie położonym lakierem - jak dobrze zakonserwowana paniusia
w jej wieku - budzi powszechne zainteresowanie na ulicy, stacji benzynowej
czy na zlocie.
Naukę wyniosłem z tej mojej przygody jedną - przy kupnie 115tki, czy
innego również dojrzałego modelu nieodzownym wyposażeniem winien być
szpikulec, gruba igła czy szydełko. A ile radości musieli mieć na tym
Pomorzu, ci którym udał się wcisnąć warszawiakowi tak ślicznie i fachowo"
podpicowany" egzemplarz…
Ale dziś, kiedy jacyś desperaci - pociechy moich przyjaciół chcą wybrać
się do kościoła lub do USC, to z kilku propozycji wybierają najczęściej
"Srebrną Strzałę".
I mimo, że autko ma prawie czterdzieści lat, to bez
zmęczenia można pokonać nim trasę nawet 300-400 km (co gwarantują
fantastyczne fotele, wygodniejsze od tych spotykanych w autach współczesnych
oraz działające bez zarzutu wspomaganie…). A i spalanie tej nieco
wołowatej 200-tki zamyka się bez problemu w 9-9,5 l. ropy na 100 km!
I powiem szczerze: naprawdę szkoda jej do holowania syrenki czy
warszawianki…
Nigdy zaś nie twierdziłem i nie twierdzę również dziś, iż jest to 100%
oryginał i zabytek choćby ze względu na nieoryginalne (bez "lufcików")
szyby drzwi przednich. Trzeba bowiem pamiętać, iz autko to przejechało
przez te prawie 40 lat, ładnych kilkaset tysięcy kilometrów,
była naprawiana i wymieniana blacharka, kilka razy było lakierowane.
Dla mnie jest moja 115-tka żródłem wielu przyjemności, nigdy nie zawiodło
mnie w trasie, czasami tylko pukniecie lekkie młoteczkiem sprawiało,
iż znowu można było je odpalić z kluczyka. A wspomaganie kierownicy,
wygodne siedzenia i niepowtarzalny klekot starego mercedowskiego diesla,
"płycięcie" w czasie jazdy - to jest to, co z niczym się porównać się nie da.
Oczywiście wielcy teoretycy "znawcy" tematu beda wybrzydać i narzekać
na to urocze autko, ale najłatwiej być "erotomanem-teoretą", o wiele zaś
trudniej samemu czegoś dokonać, choćby przywrócić do użytkowania i
przyzwoitego wyglądu choć jedno auto.
Jak napisał to jeden ze sprzedających takie właśnie, całkiem przyzwoicie
wygladające autko: "…wszystkim niezadowolonym, i zarzucającym iż cena
autka jest zbyt wysoka, a ono samo odbiega od 100% oryginału", polecam
egzemplarze kolekcjonerskie z rynku niemieckiego za np. 8.000 do 15.000 euro!"
|