|
HISTORIA MIKRUSEM PISANA…
Już kilka ładnych lat temu w lokalnej, małopolskiej prasie natrafiłem
na ogłoszenie o sprzedaży mikrusa za ówczesne 5.000.000 zł., co jak na
tamte czasy nie było wcale sumą dużą. A i góral potrafił w rozmowie
telefonicznej zachęcić, jakie to ekstra autko…
No i pojechałem, ale to co zobaczyłem było już mniej budujące: autko było
dosłownie wrośnięte i wmarznięte w glebę podwórka. Aby otworzyć drzwi i
dostać się do środka trzeba było wstawić "farelkę" i na kilka
godzin podłączyć, odpalić silnika się już nie udało… Ale jak miłość od
pierwszego razu, to zakup został dokonany. Autko schowaliśmy do dostawczego
mercedesa 207 i przyjechaliśmy do domku, gdzie okazało się że numerki
na słupku drzwi niezbyt zgadzają się z tymi w papierach (a szansa była
stosunkowo duża, prawie 1:1800, bo tyle tych autek wyprodukowano).
I już, po kilkunastu miesiącach mikrus został odbudowany, ale kłopoty z
papierami a później z silnikiem sprawiły, że do dziś jest egzemplarzem
stojącym, który robił "za wabika" m.in. na targach motoryzacyjnych
na moim stoisku w końcówce lat dziewięćdziesiątych ub. wieku…
Ale właśnie pokazywanie publicznie tego autka sprawiło, iż zgłosił
się starszy pan inżynier z Mławy, który posiadał kiedyś takie autko i
od którego udało się nabyć wiele fabrycznie nowych części…
które umożliwiły odbudowę drugiego egzemplarza.
Na ten drugi - dziś w fabrycznym błękitnym kolorze natrafiłem w mieście
Łodzi. Był nawet "jeżdżący" tzn. on jeździł jak chciał i kiedy
chciał, miał nawet dowód rejestracyjny, nie został szczęśliwie
wyrejestrowany… I mimo, iż od ostatniego przeglądu minęło lat
dwadzieścia i kilka, to udało się dzięki uprzejmości urzędników (tak
też się zdarza czasami) dotrzeć do dokumentów, które
kilkakrotnie były przenoszone z
likwidowanych urzędów do kolejnych i dziś autko jest normalnie
zarejestrowane, choć dymi niemiłosiernie przez pierwszy kwadrans jazdy,
to kilka razy w roku asfalt jest jego! No, może to zbyt górnolotnie
powiedziane ale fakt jest faktem, że wszystko odbywa się zgodnie ze
schematem: krótka jazda - dłuższy remont, krótka jazda - dłuższy remont, itd.
Droga jednak z łódzkiego podwórka na podwarszawskie ulice była długa i
wyboista, remont trwał kilkanaście miesięcy, ale warto było.
Niestety autko ma jedną poważną wadę: kiedy się ma ponad 180 cm i ponad
100 kg wagi stosunkowo łatwo zająć miejsce za kierownicą, o wiele
trudniej później z niego się wydostać…
Doprowadzenie autka do stanu w jakim się znajduje było możliwe, tylko
dzięki kilkudziesięciu kilogramom części szczęśliwie zakupionych w
Mławie, Łodzi czy Wrocławiu.
I choć jazda w tej "konserwie na sardynki" jest dla mnie sprawą raczej
mało sprawiającą przyjemności (wtłoczyć te moje ponad 110 kg i 180 cm -
to jakoś, mająć swoje "patenty" się udaje, to jazda jest już mniej
przyjemną, awydostanie się z tego autka, to już prawdziwy koszmar),
to w 2007 roku z okazji junileuszu 50-lecia rozpoczęcia produkcji tego
autka w Mielcu - błękitny mikrus z Panem Grzegorzem Grdeniem z Chicago
(za kierownicą, pasjonatem i znawcą tego pojazdu, właścicielem jedynego
mikrusa w USA i na zachodniej półkuli) szalał, aż do… wyczerpania
paliwa w czasie parady po ulicach tego miasta.
W kilka tygodni poźniej ponownie załadowałem mikrusa na przyczepkę-lawetkę
(specjalnie na tegoroczne wyjazdy zaprojektowaną i wykonaną dla tego
pojazdu - albowiem mimo iż jestem człowiekiem wierzącym nie bardzo mogę
uwierzyć w opowieści co poniektórych "posiadaczy" tych autek deklarujących
przejechanie nimi non-stop po 200-300 km, jeśli się mylę - przepraszam)
i pojechalismy tym razem do Dębicy na obchody 75-lecia Fabryki Opon,
na które zostaliśmy zaproszeni przez redakcję "Automobilisty" i
organizatrów. Mimo nieco deszczowej pogody nasz mikrus pojeździł sobie
po ulicach miasta, choć lekko mu nie było… Wszak to moje ponad 110 kg,
Anuśki - 50 kg i autka ok. 460 kg, te ponad 620 kg (!), to aż nadto na
tak słaby silniczek o
pojemności zaledwie 300 cm3 (zwłaszcza, iż tak
naprawdę to niezbyt udany klon silnika gogomobila).
Mieliśmy zaszczyt paradować i eksponować wdzięki tego modelu obok
prawdziwych perełek starej motoryzacji o wartości kilkunastu czy
kilkudziesięciu tysięcy euro! Radość i duma była tym większą, iż starą
polską motoryzację reprezentował oprócz naszego mikrusa tylko jedynie
poczciwy fiat 125p z początkowego okresu produkcji…
To, że takie wystawy i prezentacje są jak najbardziej potrzebne pokazały
własnie te dwie imprezy, okazało się bowiem iż dla wielu
rodakow - mikrus - auto rodem z Mielca - to już prawie prehistoria,
dla młodzieży, a nawet 25-30-latków już sam fakt, że "cóś" takiego było
kiedyś produkowane i jeszcze jeździ, to już prawie jak zobaczyć mumię
Tutenchamona.
To zaś że autko to było wiecznym utrapieniem dla użytkowników i zmorą -
dla mechaników - to już inna historia, choć jak wielu mawiało "…ruszyć
i wyjechać mikrusem w drogę, to się udawało, gorzej było już z
bezproblemowym dojechaniem i powrotem…".
Tym bardziej cieszy fakt, iż jeszcze te kilkanaście egzemplarzy na
terenie IV RP jeździ o własnych siłach, kilka następnych znajduje się
w różnych stadiach odbudowy, a kilkunastu następnych "niepoprawnych"
optymistów ma nadzieje na uzdatnienie do jazdy swoich skorodowanych i
niekompletnych pojazdów.
|