|
O MOJEJ SYRENKOWEJ GROMADCE I INNYCH AUTKACH.
Jeśli trafiłeś na tę stronę, to nie będę zadręczał Cię danymi
technicznymi, wymiarami, wielkością produkcji itd. To wszystko znajdziesz
na innych stronach internetowych. Dla mnie to, o czym wspomniałem, to
sprawy bardzo ważne, ale najważniejsze jest to, że autko posiada swoją
historię, duszę. Że poprzez długotrwałe poszukiwania, czasami jeszcze
dłuższy remont zostaje nawiązany niewidzialny, ale wyczuwalny element
emocjonalnego związku, który nie pozwala np. oddawać tego czy innego autka
w obce ręce.
Każde z moich autek ma swoją historię, najczęściej długich i
powolnych powtórnych narodzin, kiedy z wraku, skorodowanego strucelka po
kilku miesiącach, a czasami - latach, przeradza się w pięknego łabędzia… I o tym właśnie
chciałbym opowiedzieć…
Również i o tym, jak cudownym uczuciem jest "odpalenie"
silnika po wielu latach przerwy i pierwsza jazda po kilku czy kilkunastu
latach postoju w szopie czy pod chmurką…
Bo czy może być coś piękniejszego od tej kupy cudownego,
kilkudziesięcioletniego żelastwa, z którym czujesz się zespolony w czasie
jazdy. I w każdym przypadku jest to coś innego.
W mikrusie cudowne, krótkie przełożenie kierownicy
"gwarantuje" emocje przy próbach zbyt gwałtownego skręcania - prawie jak
na samochodowym rodeo. W 50-letniej syrence 100-tce z powodu azbestowych
okładzin hamulcowych i nie zsynchronizowanej skrzyni biegów już na
kilkaset metrów przed skrzyżowaniem trzeba się poważnie zastanowić nad
dylematem, czy rozpocząć hamowanie, czy uda się je "przeskoczyć"? Czy może
być coś bardziej cudownego od zapachu benzyny zmieszanej z mixolem w
każdej z syrenek? W warszawiance po prostu się "płynie" jadąc. A w
peugeotach? 404-kę pierwszy właściciel ewakuował przed powodzią pierwej od
ślubnej małżonki i
domowych sprzętów, w 403-ce silnik został złożony z trzech innych
egzemplarzy i jego gang jest dziś dla mnie najpiękniejszą melodią. W
504-tce świadomość, iż jest się dopiero tym drugim w ciągu ćwierćwiecza,
który nią jeździ - to też coś pięknego.
To że udało mi się zgromadzić już 4
syrenki - laminaty i prototypową 110-tkę to z jednej strony powód do dumy,
z drugiej zaś strony niedosyt, że może gdzieś tam niszczeje jakiś ciekawy
egzemplarz. Niestety fizyczny ból serca spowodowały zdjęcia, które
otrzymałem przed dwoma laty, na których widać totalnie skorodowany wrak 110-tki,
z której włościanin na wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej zrobił sobie
śmietnik, a później (kiedy byłem kolejny raz w szpitalu) zwyczajnie
oddał ją na złom.
I najważniejsze dla mnie jest to, że prawie wszystkie z moich
autek są sprawne technicznie, zarejestrowane i gotowe do jazdy.
Twarde realia życia codziennego (a przede wszystkim stan zdrowia)
sprawiły, iż trzeba było przynajmniej części z nich się pozbyć. Niestety
- nie udało się zrezygnować z nabycia innych.
Życie dopisało następny rozdział w moim życiorysie, na
szczęście z optymistycznym zakończeniem. Na początku marca 2006 r. poczęła nawalać
osobista "pompka" tak, iż wchodzenie na schody, dłuższe spacery i
oddychanie "z przytykaniem" zawiodły mnie do lekarza kardiologa na
specjalistyczny oddział Szpitala Grochowskiego. Po tygodniowym pobycie na
oddziale i miesięcznym "naprawianiu" i ustawianiu było już prawie OK.
Niestety, rok 2006 "obfitował" w kilkakrotne odwiedziny na oddzial wewnętrznym
warszawskiego szpitala przy ul. Grenadierów. Fakt, warunki są tam takie,
jak za "realnego socjalizmu" a dobudowa dodatkowego skrzydła przedłuża się
w nieskończoność, ale jedna wartość jest niepodważalna: zawodowa doskonałość
i perfekcja personelu medycznego, tak lekarskiego jak i pielęgniarskiego -
pacjent czuje się podmiotem a nie przedmiotem i ma realne szanse jeśli
nie na wyleczenie, to co najmniej na przeżycie i otrzymanie nowej szansy.
Fakt, dwa razy ponawiano próby umiarowienia pracy mojej pompki i pracuje
już w miarę regularnie od ponad roku, a nie niespełna trzy miesiące jak
za pierwszym razem! Znaczną poprawę przyniosło również udane udrożnienie żył
i cewnikowanie prawej komory serca. Dzięki za to lekarzom z ul. Grenadierów.
Rok 2007, który własnie minął był dla mnie szczególnie łaskawy, jako iż
poza badaniami kontrolnymi żadnych inwazyjnych poczynań na moim organiźmie
nie uskuteczniano, tak iż mogłem intensywniej włączyć się, choćby w życie
CAAR-u, czy też uczestniczyć w kilku innych imprezach i rajdach z udziałem
motoryzacyjnych staroci, i tylko czasami pompka przypominała mi, iż w IV RP
na "przywilej" otrzymania I grupy inwalidzkiej na okres 5 lat trzeba sobie
solidnie i czasami bolesnie zapracować.
Ale jednocześnie udział w kilku czy kilkunastu takich własnie imprezach
rocznie, od II Youngtimer Party w Poznaniu poczynając, a na V Wielkiej
Beskidzkiej z wyjazdem na tereny Czech i Słowacji - kończąc jest właśnie
najlepszym lekarstwem, pozwalającym zapomnieć, iż człowiek zyje "na kredyt".
Bo czyż może być coś piekniejszego od terkotu starej syrenki i zapachu
spalin z mikxolem, klekotu starego diesla w 115-tce , czy jazdy ze złożonym
dachem w skundlonym fiacie topolino…
Szkoda, iż nie udało mi się w tych minonych 2-3 latach
uczestniczyć w wielu ciekawych imprezach, pojechać z syrenkami do Berlina
czy Paryża, ale resztki zdrowego rozsądku musiały zwycięzyć nad chuciami!
Musiały wystarczyć skromne przygraniczne wypady na Litwę, do Czech i na
Słowację, czy udział w obchodach 50-lecia powstania pierwszego mikrusa
w Mielcu.
Kolega Jacek Borzęcki - niestrudzony animator i pasjonat starej motoryzacji
w Małopolsce planuje w tym roku "rajdowanie" aż do Wiednia - może się uda,
jak zdrówko pozwoli.
|