|
PEUGEOTY, CZYLI "WIELKA TRÓJKA"… plus 504 coupe
Od pokoleń w naszym społeczeństwie, przez dziesięciolecia odciętym od
osiągnięć światowej motoryzacji, pokutowało przekonanie iż "francuzy"
to coś gorszego, delikatniejszego. Że są to auta nie nadające się na
nasze wyboiste i zniszczone drogi. Na szczęście współczesne modele
firmy PSA czyli autka marki CITROEN i PEUGEOT przebojem zdobyły znaczną
część rynku samochodów małych i średnich…
Natomiast przed laty, błędna opinia spowodowana była stosunkową niewielką
liczbą aut nowych sprowadzanych indywidualnie, bądź nabywanych w ramach
dziwoląga zwanego eksportem wewnętrznym, za dewizy (których oficjalnie
nie wolno było posiadać, ba nawet było karalne!), czyli poprzez instytucje
zwane PEWEX lub Polmozbyt. Większość aut używanych sprowadzanych z zagranicy natomiast
była już po bardzo dużych przebiegach, znacznie wyeksploatowana. Fatalny był
również system dystrybucji absurdalnie drogich nowych części zamiennych.
Stąd taka, a nie inna opinia o "francuzach".
A mnie się udało, dwa z trzech peugeotów czyli egzemplarze modelu
504 i 404 są pojazdami nabytymi i eksploatowanymi w kraju "od nowości".
504 - przez prawie 30 lat przejechała nieco ponad 55.000 km, nikt w niej
nigdy nie zapalił papierosa i żaden pet nie leżał w popielniczce, na
tylnym siedzeniu nikt, lub prawie nikt nie siedział, oryginalne jest wszystko
od dywaników, do lakieru i podnośnika w komorze
silnika. O pierwszym i jedynym właścicielu jego zacna małżonka zwykła
mawiać, "usprawiedliwiając" go za to iż auto jest w takim stanie:
"Przecież mąż przez całe życie był dyrektorem w zjednoczeniu,
i to jego służbowym autem wozili".
404 - przed czterdziestoma laty trafiła do kraju z zagranicy
również jako "nówka". I przez ten cały czas była w przysłowiowych
"jednych ręcach", a właściciel jak nadeszła wielka woda we Wrocławiu
(chyba w 1997 roku) to najpierw autko w środku nocy ewakuował z garażu
w bezpieczne miejsce, a dopiero później ślubne szczęście i graty z
domu. Nie bez znaczenia jest też i fakt, iż na liczniku jest teraz
jeszcze poniżej 100.000 km!
403 - limuzyna, model jakim w wersji coupe jeździł filmowy por. Colombo - niestety
nie miał szczęścia tak do końca, ponieważ jego dzieje są niezbyt znane.
Wiadomo natomiast, że jeden ze znanych warszawskich aktorów,
kolekcjonerów włożył w nią sporo "kasiory", wyremontował blacharkę,
położył lakier, wyremontował zawieszenie i… wymiękł tzn. poddał
się z powodu braku dostępu do części, niemożności wyremontowania silnika.
Resztki motoru po kilku latach "odzyskałem" od niezbyt solidnego
rzemieślnika skorodowane i prosto z wysokiej trawy pod płotem.
Później aktor - kolekcjoner "opchnął" ją napalonemu dyrektorowi, miłośnikowi staroci z
Pomorza - lecz i ten po kilkunastu miesiącach temat sobie odpuścił
"odpuścił". Trzecim "nawiedzonym" byłem ja, który tę 403 za niewielkie
stosunkowo pieniądze nabył…
Później już tylko dwa lata poszukiwań, zakupione trzy 403-ki w różnym
stanie rozkładu, nieoceniona pomoc silnikowców z zakładu w
Łomiankach-Dąbrowie, wyjątkowo solidnego starego, dobrego tapicera z
Legionowa, oraz "złotej rączki" - Pana Mirosława z Kroczewa i…
zarejestrowane, sprawne autko może poruszać się po stołecznych ulicach!
Ponieważ uczucia i zboczenia nie mają granic zdrowego rozsądku to do
pełnego szczęścia dziś brakuje mi tylko auta modelu 604.
Trochę tych pięknych aut sprowadzono na potrzeby rządu, niewiele używanych
dotarło w ramach importu indywidualnego, lecz te które dotychczas
oglądałem nadały się raczej do hutniczego pieca niż do odbudowy. Na
liczniku b. rządówki dopatrzyłem się nawet liczby 525.000 przejechanych
km, a przebiegi rzędu ponad 200 do 300 tys. są normą, auta są dalej
w codziennej eksploatacji…
|
|
MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ - CZYLI MAM PEUGEOTA 504 COUPE!!!
Wyszukany, obejrzany, nabyty...
Czego może brakować do uczucia pełnej radości z życia?
- Tylko PEUGEOTA 504 COUPE we własnej kolekcji…
Kiedy wiosną 2004 roku grzecznie i pokornie leżałem sobie w szpitalnym łóżeczku
po kolejnym zabiegu, tym razem koronografi, cewnikowania prawej komory serca i
przedmuchaniu czegoś tam jeszcze - zastanawiałem się czy danym mi będzie kiedyś
jeszcze zasiąść za kierownicą któregoś z moich staruszków, poczuć w nozdrzach
zapach spalin zmieszany z mixol-em, czy "popłynąć" 504-ką, która co dopiero przekroczyła
swoje pierwsze 50.000 km od nowości i szkoda by było aby poszła w obce ręce…
Na szczęście dzięki sprawnym dłoniom lekarzy kardiologów, którzy nie udali się jeszcze
na emigrację zarobkową oraz wzorowo działającej służbie zdrowia Św. Piotr raz jeszcze
tylko pogroził paluszkiem. Minęło kilka miesięcy. W czasie szybko postępującej
rekonwalescencji powstały między innymi plany zbudowania pierwszej prywatnej
pancernej syrenki (nie udało się nabyć za niewielkie pieniądze egzemplarza sprawnej
ramy połączonej z silnikiem i układem hamulcowym - więc chwilowo temat zawieszony…).
Niestety internet zniwelował odległości i znacznie ułatwił komunikację pomiędzy "nawiedzonymi"…
I stało się to, co stać się musiało po wielu godzinach spędzonych przed komputerem.
Po odrzuceniu ofert z autami interesującymi, lecz niestety zbyt drogimi, po zarzuceniu
poszukiwań na terenie kraju - kilkanaście kilometrów od Zurychu, w pięknej Szwajcarii
natrafiłem na auto, którego poszukiwałem od lat już kilku PEUGEOTA 504 COUPE rocznik 1981!
Kilka dni wymiany korespondencji z właścicielem i decyzja: JEDZIEMY! Tak naprawdę to
nawet nie po to, aby kupić, ale by obejrzeć jak te stare autka wyglądają w tym
obrzydliwie bogatym kraju…
Pozostało tylko nakłonić Kobietę mego życia do odwiedzenia rodziny w północnej
Nadrenii-Westfalii, (bo to już bliżej i tylko 650 km od Zurychu…) i wybrać termin
kilku dni wolnych od pracy, czyli majowy długi weekend. Pierwsze ok. 1200 km,
niemieckim 17-letnim MB 124 300E, autem ze wspomaganiem i ABS-em (niestety bez
klimatyzacji) na trasie Warszawa - Dusseldorf, było upierdliwe nieco tylko do granicy,
gdzie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki autostrada stała się autostradą, a i nie
wyciągano przysłowiowej łapy po 3 euro za kolejne przejechane 50 km, jak trzykrotnie
pomiędzy Koninem a Poznaniem. Niespełna doba odpoczynku i przed świtem start do
rajdu Dusseldorf - Zurych. Tym razem pierwsze 600 km po zgniło-kapitalistycznych
autostradach szybko pokonane i granica szwajcarska, a tam…
Uprzejmy celnik po ujrzeniu polskich tablic rejestracyjnych od razu skierował na
pobocze dla "wybranych" i grzeczne pytania: po co, na jak długo itd… "Rozbroiła"
go odpowiedź, że na kilka godzin, starym autem po jeszcze starsze auto. Tak, iż ominęło
nas dokładne "trzepanie" jak innych rodaków i po życzeniach udanych zakupów i dobrej
jazdy wjechaliśmy do tego pięknego, ale obrzydliwie bogatego kraju (salony z
dziesiątkami nowiutkich alfa-romeo i mercedesów nawet w małych miasteczkach!).
Jeszcze tylko kilkadziesiąt kilometrów autostradą, drugie kilkadziesiąt po krętych,
obrzydliwie równych lokalnych asfaltowych wiejskich drogach i trafiliśmy do Oberweningen.
Wioseczka, taka sobie, kilkadziesiąt obejść, znowu nieprzyzwoicie czyste krowy i ten
"swiss-deutch". Prawie taki jak kilkanaście km w prostej linii niemiecki za granicą,
ale jak miejscowi zaczną nawijać, to "za cholerę" nawet Niemcowi trudno zrozumieć…
I mamy przed sobą salon Firmy Tourning Garage AG (Klassische Fahrzeuge,
Cabriolets) - halę największego kolekcjonera i sprzedawcy tego typu aut w
północnej Szwajcarii. Dziesiątki autek od tysiąca do prawie stu tysięcy euro.
Wygłaskane, wymuskane, zadbane jakby przed chwilą opuściły fabryczne hale, mimo
iż od tego czasu minęło czasami grubo ponad pół wieku. A wśród nich kilka peugeotów
coupe m.in. 404, 403 i 504…
I kiedy już prawie zwątpiliśmy, - bo "tego" wybranego nie było wśród nich, to
całkiem z boku, pod wiatą wciśnięty pomiędzy jakieś pospolite MB 123, czy stare
renówki stał ON, prawie tak uroczy jak na fotkach.
Jak na standardy zachodnioeuropejskie i to co znajdowało się w salonie, na
pierwszy rzut oka, to autko było rzec by można w stanie marnym: dach pogięty,
klekot po odpaleniu zwiastujący duże kłopoty z wydechem lub z silnikiem, ale…
Kiedy padłem plackiem przed i pod nim, to okazało się, iż to tak dzielnie warczy
delikatnie mówiąc, nieszczelny układ wydechowy z nieszczelnymi (nieco dziurawymi) tłumikami.
Natomiast to, co mnie zupełnie zaskoczyło to stan komory silnikowej, wnętrza pojazdu
oraz pełna dokumentacja (z fakturami) dotycząca tego, co było wykonywane w ciągu
ostatnich 12-14 lat. Poprzedni właściciel w stacjach obsługi (zgodnie z fakturami)
"pozostawił" ponad 16.000 CHF. W czasach "mody" na instalowanie szyberdachów,
pierwszy właściciel, dla którego było wykonane na indywidualne zamówienie to auto
założył ten lufcik na dachu. Początkowo sądziłem, iż było to zwyczajne "skundlenie"
a nie planowane działenie przed sprzedażą nowego auta, co ułatwiło mi również negocjację
ceny przy zakupie. W kilka lat później okazało się iż założenie szyberdachu było
elementem idywidualnego, fabrycznego przygotowania pojazdu dla I właściciela.
Nie powiem, zaproponowano nam również ściągnięcie na drugi dzień
kompletnego wydechu tj. rury i tłumików, stare nieco "spróchniały", ale ich
cena oraz cena roboczogodziny (tylko 99 euro!) sprawiły, iż wynegocjowaliśmy i
nakłoniliśmy miejscowych do typowo polskiego rozwiązania czyli pospawania ich w
kilkunastu miejscach… (aby specjalnie nie "warczało" po drodze).
Niestety jak to zwykle bywa w beczce miodu znalazła się i łyżka dziegciu.
Prawie "zapomniano" dorzucić, obiecanego dodatkowego kompletu kół na oryginalnych
alufelgach.
Ale przyznać trzeba, iż słowo szefa sprawiło iż kółka znalazły się w bagażniku…
Jeszcze tylko badanie sprawności pojazdu na stacji diagnostycznej i wyrejestrowanie
oraz tablice wyjazdowe w wydziale komunikacji z Zurychu i w drogę… Możesz Czytelnik
uwierzyć lub nie, ale po analogicznych czynnościach w Niemczech, trwających
kilkanaście minut, myślałem że nie może być już szybciej, ale… W Szwajcarii,
urzędniczka (obsługująca petenta na stojąco, aby go nie obrazić) w ciągu
niespełna pięciu minut, przyjęła dokumentację zakupu i dopuszczenia do
ruchu, wystawiła dowód rejestracyjny wyjazdowy oraz dokumenty międzynarodowego
ubezpieczenia OC, przyjęła kasę, sprzedała winietę na autostrady oraz wydała
tablice rejestracyjne…. I wszystko z uroczym, zawodowym uśmiechem na buźce.
I kiedy byłem już pełnoprawnym posiadaczem tego autka, pełen obaw asekurowany przez
krewniaka ruszyłem w drogę. Byłem pełen obaw przed jazdą w wielokilometrowych korkach,
mając perspektywę jazdy w deszczu i nocą. A poza tym to autko przez kilkanaście
miesięcy po prostu stało! Z każdym przejechanym kilometrem obawy znikały.
Wszystko działało bez zastrzeżeń: wspomaganie, elektryczne szyby, ogrzewanie,
żadnych drgań na kierownicy, czy łapania temperatury w korkach na autostradach…
Z tej radości kierowania tak wspaniałym bolidem oraz po życzliwym machnięciu ręką
przez szwajcarskiego pogranicznika i celnika… popełniłem nieświadomie błąd, który
mnie mógł później sporo kosztować (nawet konieczność dodatkowej wycieczki o długości
2400 km!) - nie dokonałem odprawy celnej wyjazdowej z kraju nie należącego
do Unii Europejskiej!!! Na szczęście życzliwość Pana Kierownika w II UC w Warszawie
sprawiła iż wszystko skończyło się na solidnym strachu, pouczeniu, podaniu i
odprawie warunkowej na placu na Okęciu. Tu serdeczne podziękowania dla Pań i
Panów celników życzliwie do mnie i tematu nastawionych!!! Jazda z każdą minutą i
przebytymi kilometrami była coraz przyjemniejsza.
Czasami wskazówka prędkościomierza przekraczała 140 km/h i… żadnych sensacji. Te
powrotne do Dusseldorfu ponad 600 km było prawdziwą przyjemnością, komfort jazdy i
ergonomika siedzeń lepsze niż w Peugeocie 504 limuzynie, a nawet w MB 124 300E,
którym wybraliśmy się na te zakupy do Szwajcarii.
W dwa dni później młody człowiek tymże autem, bez najmniejszych problemów udał się
na randkę do Warszawy (tylko kolejne 1200 km), na spotkanie z nową kandydatką na
narzeczoną. Mnie ten szczęśliwy zbieg okoliczności uratował od konieczności
powtórnego wyjazdu do Niemiec, lub od ponoszenia dodatkowych kosztów transportu.
Teraz tylko już tylko… kilkanaście dni wędrówek po krajowych urzędach… i może za
jakieś dwa-trzy tygodnie autko będzie miało nasze "białe" tablice.
I na koniec nieco danych technicznych o tym egzemplarzu:
- model coupe i kabriolet - były produkowane w latach 1969-1983,
- łącznie wyprodukowano ich w ilości nieco ponad 22.975 egz. (wersji coupe i 12.270 egz.
w wersji kabriolet,
- twórcą bryły nadwozia był słynny projektant i stylista: Pininfarina,
- auto wyposażone było w silniki benzynowe rzędowe o poj. 1,8 i 2 l (1,971 l)
lub silnik 6-cylindrowy w układzie V pojemności 2,664 l., o mocy
odpowiednio o 97, 100, 104 i 136 PS,
- w latach produkcji kosztowało od 17.000 do 24.000 DM (tj. o ok. 100% więcej
od wersji limuzyna lub combi),
- był seryjnie wyposażony m.in. w wspomaganie kierownicy, wtrysk firmy
Bosch, wentylowane hamulce tarczowe (przód i tył), elektrycznie podnoszone szyby,
- auto w wersji sportowej 504 V6 coupe, ze znanym ówcześnie kierowcą rajdowym
Jean-Pieree Nikolas, w drugiej połowie lat siedemdziesiątych zwyciężyło m.in.
w rajdach Safari i Rallye de Bandama,
- wymiary auta - 436x170x136 cm, waga - od 1235 do 1295 kg (w zależności od
rodzaju nadwozia i silnika,
- jako ciekawostkę można podać informację, iż przy jednakowej cenie sprzedaży
przed laty, wersja kabriolet jest o ok. 50% droższa od coupe,
- omawiany egzemplarz pochodzi z 1981 r., wyposażony jest w słabszy 2-litrowy
silnik rzędowy z bezpośrednim wtryskiem paliwa), charakterystycznymi elementami
tego modelu "Mark 3" są szerokie zderzaki z tworzywa w kolorze nadwozia z
umiejscowionymi w nich kierunkowskazami przednimi oraz klamki kasetowe.
Co ciekawe udało mi się ustalić, że zamontowany szyberdach to nie "skundlenie" i samoróbka
ale efekt montażu auta na indywidualne zamówienie.
- silniki V6 o poj. 2,7 l. stosowane były w produkowanym od 1975 r. najbardziej
ekskluzywnym modelu 604.
Podsumowując; Znalezienie przyzwoitego auta (oczywiście z produkcji wielkoseryjnej)
z lat 60, czy 70-tych, dzięki Internetowi jest dziś stosunkowo proste. Potrzeba tylko
sporo cierpliwości i godzin spędzonych na poszukiwaniach. Polecam również dokładne
przeglądanie ofert prasowych, zwłaszcza w prasie lokalnej lub hobbystycznej. Należy
jednak unikać handlarzy i pośredników (szczególnie tych ciemnolicych).
Reszta to już jest naprawdę prosta. Niestety - tylko po tamtej stronie granicy. Tu była
(z wyjątkiem postawy celników) drogą "przez mękę". A to w agencji celnej wypełniono
nie te druki, a to w urzędzie skarbowym Pani Urzędniczka nie wiedziała, że danina
150 zł i wypełnianie PiT-a 14 przy autach np. ze Szwajcarii nie obowiązuje, ale
szczęśliwie znała formułkę: "Się Pan zgłosi za siedem dni, bo tyle Urząd ma
na wydanie decyzji w sprawie", itd…
Na szczęście kieszeń już totalnie pusta, to i pokus więcej na import indywidualny
używanego auta, przez najbliższe kilka lat lub kilkanaście miesięcy, już nie będzie.
P.S.
W związku z nowym nabytkiem poszukiwania części i autek rozszerzam również i o ten model.
CZAS LECI...
Życie przez ponad trzy i pół roku jakie minęło od chwili zakupu tej 504-ki
dopisało kolejne kartki w tej historii.
Szczęśliwie, dzięki Panu Mirkowi właścielowi warsztatu blacharsko-lakierniczego w
Kroczewie coupetka ma już pięknie wyprostowany i polakierowany dach, który nie straszy
już odpryskami i wgięciami, a dodatkowo po zewnętrznym odświeżeniu powłoki lakierniczej
sprawia, iż oglądają się za nią nie tylko dojrzali panowie, ale i sympatyczne,
dorastające młode damy. I szkoda tylko, iż ten entuzjazm cichnie nieco na widok
starszawego siwiejącego pana po pięćdziesiątce gramolącego się z wnętrza pojazdu.
Na szczęście moje nieślubne szczęście i obiekt moich wieloletnich westchnień Pani
Anuśka od pierwszej chwili polubiła i zaakceptowała obecność w rodzinie
jeszcze jednej "konkurentki"...
Do udanych dla tego autka można również zaliczyć sezon 2005 i 2006. Między innymi
wspólnie z Anią "zaliczyliśmy": Zlot syrenek, warszawianek i innych aut zabytkowych
w Kole, I Polsko-Litewski Zlot Pojazdów Zabytkowych w Białymstoku, III Wielką
Beskidzką Eskapadę w Okolicach Krakowa i Rajd Jesienny CAAR-u w okolicach Radomia.
Autko po remoncie przejechało już około 15 tys. km bez najmniejszej
awarii. A jazda nim to prawdziwa przyjemność, "płynie" a nie jedzie, kiedy wdepnie
się w pedał to mimo posiadania słabszego, tylko 2-litrowego silnika kierowca i
pasażer czują jak lekko wciskani są w oparcie foteli. Na jedynej dłuższej prostej,
równej "autostradzie" pod Zakroczmiem oraz w Niemczech kilkakrotnie udało się
bez problemu przekroczyć 170 km/h. Bez wibracji, dziwnych odgłosów i innych
atrakcji, zaś prędkość podróżna 110-130 km, to taka, kiedy słychać tylko miarowy
pomruk silnika i poświst powietrza poprzez nieszczelne, nieco już stwardniałe, uszczelki. Problemem
jest może tylko zużycie krajowego paliwa - średnio miasto-trasa ok. 11 do 12 l/100 km.,
na niemieckim czy szwajcarskim było ono o 1-2 l niższe (choć i jakość dróg,
też może mieć dosyć istotne znaczenie).
W pierwszych dniach listopadach, jak co roku, peugeocik odbył kilkudziesięciokilomertowy
przejazd na zimowe leże w okolice Płońska. Nie ukrywam bowiem, iż po tych
poprawkach blacharsko-lakierniczych, mimo posiadania dodatkowego ogumienia
zimowego, trochę będzie mi szkoda używać jej w złą pogodę, przy opadach deszczu lub
śniegu. Niech sobie w spokoju przezimuje w towarzystwie starszych sióstr - 403,
404 i 504-ki... No, może przy dobrej pogodzie kilka razy przed wiosną wyprowadzimy
je na niewielką przejażdżkę...
|