|
PONTIAC FIREBIRD - ostatni w "starej" budzie,
czyli youngtimer z klimą…
Tak po prawdzie ten pontiac firebird, to autko zakupione okazyjnie i prawie
wyłącznie dla tego aby mieć samochód z klimą…
Kiedy przed dwoma laty wybrałem się wczesną wiosną do Niemiec na jakieś lokalne
targi staroci, to przygrzało nieco (jako że w tej Nadrenii-Westfalii wiosna
przychodzi jakiś miesiąc wcześniej i do tego z całkiem przyzwoitymi temeraturami).
Zaprzyjaźniony zaś Helmut jak dowiedział się od mojego kolegi, iż ma problemy
z pompką i własnie nabyłem nowego peugeota partnera, ale bez klimy rzekł:
"Gruby, tu niedaleko, też gruby stary chłop - bauer ma starego pontiaca z klimą
i przebiegem ok. 90-95 tys. km! To coś dla Ciebie i tanio się go pozbędzie
bo już nim własciwie nie jeździ i auto stoi pod wiatą".
Zastrzygłem uszami, kedy zaś mi wyjaśnił że ten chłop, to i owszem rolnik ale
na 100 czy 150 hektarach i że właściwie jeździł tylko nim zimą na urlop w Alpy,
a cena będzie poniżej niemieckiej "średniej krajowej" - to nie ukrywam iż się
nieco napaliłem!
Bo któż w III czy IV RP nie chciałby mieć takiego youngtimera z niemałym
silnikiem, w automacie i z klimą?
Pojechaliśmy, obejrzeliśmy, kupiliśmy.
Ponad sześćdziesięcioletni pierwszy i jedyny własciciel jak na bauera z tych
regionów przystało, nikczemnego jak nasz były premier i jego braciszek wzrostu,
tyle że zdecydowanie przystojniejszy od wicepremiera peronowego, proporcjonalniej
zbudowanym będąc z nieco większym kałdunkiem wyjaśnił:
"jak będziesz miał moje lata i wagę, to też wsiadanie i wysiadanie przyjemności
już Tobie sprawiać nie będzie…, to i dlatego wyłącznie sprzedaję!"
Aby było jeszcze ciekawiej to stojące pod wiatą auto miało prawie oryginalny
lakier (biedaczysko raz przodem nie zmieścił się przy wieździe w swoją bramę),
było czyściutkie jak dupcia niemowlaka w środku, o komorze silnikowej nie
wspominając, z ważnym TUV i ASU nie wspominając (a te badania - ponieważ już to
nad Renem przechodziłem - to totalna weryfikacja sprawności i niezawodności auta,
zwłaszcza już kilkunastoletniego).
I co oczywiste - wszystko z klimą, abs-em i wspomaganiem działało!
Jedno nad czym uwolewał Pan starszy to to, iż silnik ten najmniejszy i
najsłabszy - V6, 3,2 l, że stary model budy, rocznik 1981 (od końca 1983 - już
były zupełnie inne "nowoczesne")
Po przerejestrowaniu w ciągu niespełna 20 minut, wykupieniu ubezpieczenia jazda
w drogę... Na początku było nawet skokami (mimo, iż automatem już kiedyś jeździłem),
to cholera jakoś tego dodatkowego pedału brakowało. Później to już był pełen
luksus, przy 130/140 km, tam gdzie było można na niemieckich autostradach, to
i w 10 l/100 km się mieściłem. Brutalna rzeczywistość dosięgła mnie po polskiej
stronie w naszej rzeczywistości, mimo iż jechałem wolniej i spokojniej to
12 l/100 km okazywało się już do końca wielce porządaną normą. A przy korkach,
właczonym ogrzewaniu i klimie to nawet czasami 15-16 l na setkę bywało krótko.
Przez ten ponad rok, kiedy byłem właścicielem tego autka nie było z nim żadnych
problemów ani usterek, pomimo przejechania kilkunastu tysięcy km po naszych
równiutkich drogach. Z USA sprowadziłem jedynie nowe uszczelki szyb do drzwi
z pianko-gumy, (tylko 135 cm długości!) i siłowniki do "malutkiej"
pokrywy silnika, tak ca 1,6-2,0 m2 (żadne polskie nie
chciały jak trzeba trzymać).
Jedynym problemem, oprócz dość znacznego zużycia paliwa (a instalacji gazowej
nie chciałem zakładać) były dość znaczne wymiary autka, 2 m szerokości,
tak bez 3-5 cm) i dość "znaczna" długość praktycznie umiemożliwiały
jakiekolwiek zaparkowanie w centrum Warszawy po 8.00 rano i przed 18.30
wieczorem, na ukos nie wszedłeś, bo zbyt wąsko i drzwi o długości 1,50 nie
otworzyłeś, a jak się nawet udało zająć dwa miejsca to i tak "dupsko" wystawało
i miałeś pietra że je ktoś "przemodeluje". Ale generalnie okres użytkowania
tego autka wspominam b. mile, a przyjemność jazdy nim była olbrzymia.
Ale już po roku, przyznam się bez bicia miałem już dość wykonywania po 4-5
"rundek" po Środmieściu aby znaleźć miejsce do zaparkowania i tracenia na
to po 20-30 minut.
A ponieważ z kondycją zdrowotną poczęło - jak zwykle wiosną - być szpetnie,
to wystawiłem autko na sprzedaż.
Kupców było nawet kilku, ale jak niepatrznie dopuściłem dwóch, zapewniająch
że jeździli na automatach, i bałem się że rozwalą mi skrzynię to przy
następnych nie byłem już tak odważny. W końcu po 2-3 tygodniach zjawił się
młody klient faktycznie znający się na "amerykanach" z fachowym doradcą.
Przy kupnie wyszło jednak szydło z worka i nabywaca okazał się właścicielem
autokomisu z miasta Łodzi. Zresztą w niecały miesiąc poźniej, zewnętrznie
podbajerowanie autko pojawiło się na Allegro. I też znalazło następnego nabywcę.
Do mnie natomiast po kilku miesiącach przyszło zawiadomienie do zgłoszenia
się na przesłuchanie w komendzie policji, okazało się bowiem iż młodzi ludzie
zapewne na łódzkich ulicach sprawdzali jego osiągi. I mieli pecha, bo o ładne
kilkadziesiąt kilometrów przekroczyli dopuszczalną prędkość (ot, zdublowali
sobie prawie to co było na znaku pionowym ładnymi cyferkami w kółku zapisane) i
zafundowali sobie dwie urocze fotki na fotoradarze. Gdyby wdepnęli mocniej,
mogliby wpaść o wiele gorzej. Na szczęście po udowodnieniu, iż tego 21 maja
nie byłem już właścicielem i dysponentem pojazdu podpisałem stosowny protokół
i policja miała poszukać kierowcy w mieście Łodzi.
Myślę, iż ten rok użytkowania, w końcu leciwego "amerykana" obalił we mnie
wiele mitów krążących o tych autach. Kupione od pierwszego, drugiego własciciela,
z niewielkim, udokumentowanym przebiegiem, sprawne i zadbane mogą być dla
użytkownika w kraju jeszcze przez wiele lat powodem satysfakcji i przyjemności
z bezawaryjnej jazdy, a części sprowadzane z USA, są zdecydowanie tańsze niż
do porównywalnych aut europejskich czy japońskich, mimo upływu prawie
dwudziestu lat…
O przyjemności jazdy tym już klasykiem ze zdjętym latem targa-dachem nie będę
już wspominał…
|