Listy gończe Do ślubu
  


 

RAJDY, ZLOTY I INNE SPOTKANIA…

Nie będę ukrywał, iż przez dłuższy okres unikałem udziału w różnego rodzaju rajdach i zlotach. Przyczyn było wiele, od tych zwykłych zdrowotnych spowodowanych przebytym rozległym zawałem serca (to co dla innych jest tylko zwykłą codzienną czynnością, dla mnie - czasami w zależności od np. zmian pogody - okazywało się wyzwaniem) do bardzo prozaicznych - każda impreza, wyjazd, to określone koszty… (a przecież za te kilkaset złotych wydane na paliwo, hotel można by kupić np. fabrycznie nowe błotniki przednie do syreny, komplet "nowych" gum 15" na giełdzie, czy odłożyć na opłacenie OC od jednego z autek).

Nie, nie narzekam - wprost przeciwnie, myślę iż do tej pory należałem do tej nielicznej grupy pasjonatów starej polskiej motoryzacji, którzy mimo wszystko wiązał bez większych problemów "koniec z końcem"…

Lecz pewnego razu powiedziałem sobie, że nie ma żadnego racjonalnego powodu aby wstydzić się tego czego się w jakimś sensie się dokonało przez te kilkanaście lat. Przecież posiadanie prawie 50-letniej syrenki 100-tki, prototypu 110-tki, czy zbioru laminatów to może być po pierwsze powodem do pewnego rodzaju dumy, iż ocaliło się część naszej historii motoryzacji od zniszczenia i zapomnienia, z drugiej zaś strony - nawet jeśli jednemu lub kilku młodym ludziom zaszczepi się tę miłość do motoryzacyjnych staroci, to będzie już coś. Gdy zaś posłuchało się wspomnień starszych panów i pań, że oni też mieli kiedyś takie auto, to też warto posłuchać…

I właściwie zaczęło się to przed ponad siedmioma laty, kiedy pierwszy raz wybrałem się na zlot syren i warszawianek… I było to niezapomniane przeżycie, wtedy poczułem że tak trzeba… Fakt, iż następnego roku "przegiąłem" i pod Muzeum na warszawskiej Woli doprowadziłem sześć autek, później przez tydzień je odprowadzałem do garażu koło Płońska.

Dwukrotnie wystawiałem swoje nietypowe syrenki na wystawie motoryzacyjnej na Pikniku Lotniczym w Góraszce (naprawdę wspaniale zorganizowanej imprezie). Zaowocowało to wieloma wspaniałymi spotkaniami i kontaktami. Raz jeszcze okazało się, iż każdy Polak znał się kiedyś na polityce i koniach, dziś - na polityce, kobietach i historii polskiej motoryzacji.

Czasami trudno wyobrazić sobie jak bogata jest wyobraźnia przeciętnego tatusia, kiedy opowiada swojemu dziecięciu bajki, mimo iż na zegarze dopiero 12.00 w południe. Ale też dzięki tej i podobnym imprezom udało się dotrzeć do wielu ludzi, którzy gdzieś, kiedyś "zachomikowali" wiele części zamiennych, dzięki którym dziś moje "skarpety" dalej znajdują się w stanie prawie fabrycznym.

Moje starocie, dymiąc niemiłosiernie nie spalonym mixolem, czasami odmawiając posłuszeństwa w drodze (ale tylko chwilowo) przez te kilka lat odwiedziły ze mną kilka przepięknych miejsc, byliśmy w Pułtusku, Płońsku, Toruniu, Krakowie, Białymstoku i w wielu innych miejscach. Nawet w okresie zimowym, dwukrotnie wybrały się na zlot do pięknego miasta Łodzi. "Wieka Beskidzka", czy zloty aut francuskich lub "postkomunistycznych" w okolicach Krakowa - to naprawdę wspaniale zorganizowane imprezy, gdzie nie tępiono wcale przybysza z miasta Warszawy…

W tym miejscu chciałbym przeprosić organizatorów wielu imprez, iż "uciekam" po jednym np. dniu, ale proszę mi wierzyć, czasami taka kilkuset kilometrowa wyprawa to dość znaczne obciążenie dla mojej nieco czasami nawalającej "pompki" i pozostawanie np. na drugi czy trzeci dzień to już znaczne obciążenie dla organizmu.



Wiem, że dla przeważającej w syrenowskich imprezach, dorastającej młodzieży należę już do pokolenia "dziadków", ale wbrew temu co się powszechnie przyjmuje, są to ludzie młodzi wiekiem, ale czasami dysponują wiedzą teoretyczną i praktyczną jakiej nie powstydziłby się mechanik o dwie dekady od nich starszy.

Wiem, że mamy w Rzeczpospolitej kolekcjonerów posiadających auta wspaniale odrestaurowane, czasami o dość znacznej wartości materialnej, ale np. ostatni II Zimowy Zlot Syren i Warszaw w Łodzi - 2004 pokazał, iż i syrenkę można tak odbudować, z tak ogromnym nakładem sił i kosztów, iż twórcom i producentom nigdy nawet nie śniło się, że ich "auta" mogą tak wyglądać…

I na koniec: szkoda tylko, że jak nie wiadomo o co w czymś chodzi, to chodzi najczęściej o pieniądze, a właściwie o ich totalny brak. Nie mówię o właścicielach jaguarów, mg, klasycznych mercedesów, ale o "posiadaczach" skarpet, którzy na każdy zlot, wspólny wyjazd odkładają "kasiorę" nieraz przez wiele tygodni czy miesięcy. Dla nich opłacenie nawet rocznej składki OC, to olbrzymi wydatek ponieważ ich pojazd nie popadają "pod zabytek". Przy totalnej fascynacji zachodem i struclami z Niemiec czy USA, często zapominamy, iż to właśnie warszawianki, syreny czy mikrusy są zabytkami polskiej motoryzacji, że tych zachowanych w stanie fabrycznym jest już czasami w zależności od modelu tylko kilka lub kilkanaście. Za kilka już lat, kiedy w sposób naturalny zejdzie pokolenie "pierwszych" ich właścicieli (dziś już siedemdziesięcioletnich staruszków), może okazać się, iż pozostanie nam tylko po nich korozja i wspomnienia.

Kilka lat temu dostałem zdjęcia, jednego z kilkunastu wykonanych prototypów syreny 110-tki, w którego resztkach właściciel urządził sobie autentyczny śmietnik przyzagrodowy… Podobny los czeka pewnie również unikalny egzemplarz syreny laminat, która poważnie zdekompletowana wylądowała na dachu w jednym ze stołecznych szrotów…
Niestety, na przełomie kwietnia i maja 2004, życie dopisało finał do tej informacji o 110-tce. Kiedy odwiedziłem miejsce postoju "resztek" to okazało się, że gospodarz zrobił porządek w obejściu, a to, co pozostało trafiło na złomowisko.

Czy tak być powinno?!

Dajcie znać jeśli na waszych oczach giną ostatnia zabytki polskiej, siermiężnej powojennej motoryzacji. Jeśli nie ja, to może uda się przekazać namiary innym "nawiedzonym", już w paru przypadkach mi się to udało…


SEZON 2005

Nie będę ukrywał, iż po raczej niezbyt optymistycznym 2004 roku i wszystkich wydarzeniach z nim związanych z pewnymi obawami wkraczałem w rok bieżący. Na szczęście - oprócz stanu kasy - wszystkie pozostałe elementy żywota na tym nędznym ziemskim padole były - można powiedzieć biorąc pod uwagę okoliczności - OK!
Jak mawiał tow. Tuwim: "Nigdy nie jest aż tak źle, aby gorzej być nie mogło, ale... - zawsze może być lepiej!!!". Dlatego też pełen umiarkowanego optymizmu wkroczyłem, a właściwie... wyjechałem w ten nowy 2005 rok w pewny styczniowy czy lutowy poranek na:

- III ZIMOWY ZLOT SYREN I WARSZAW DO ŁODZI

Krótko mówiąc impreza z roku na rok coraz lepsza. I tak z tego powodu, iż organizacja na coraz wyższym poziomie a i dla tego również, iż zbierało się na niej coraz więcej syrenek i warszawianek, odremontowanych zgodnie ze stanem fabrycznym a czasami nawet lepiej. Mijają - z powodu naturalnej selekcji - czasy, kiedy na zlocie tym i podobnych pojawiały się zastępy młodych, szalonych kierowców na swych ryczących, rozklekotanych maszynach, którzy stanowili niebezpieczeństwo i zagrożenie dla syrenek, samych siebie i oglądających...

To nic, że temperatura wewnętrzna w pojazdach podczas jazdy przekraczała niewiele ponad 0°C. Nie stanowiły również problemu zaśnieżone jezdnie, czy przydrożne zaspy. Ważne było to, iż dla wszystkich była to okazja do wspaniałej zabawy i wspólnego obcowania pasjonatów siermiężnej PRL-owskiej motoryzacji. Nie bez znaczenia było i to, iż niektórzy swymi kopcącymi, pachnącymi mixolem pojazdami pokonali nawet po kilkaset kilometrów.

Moja niezawodna pomarańczowa syrenka-laminat "Piękna Rachela" z niemieckim serduszkiem raz jeszcze udowodniła, że owoc pomysłowości polskiego inżyniera i niemieckiej techniki nie boi się nawet najtrudniejszych warunków atmosferycznych.

Wyjechałem - dojechałem - wróciłem.


- ZLOT SYREN, WARSZAWIANEK I INNYCH MOTORYZACYJNYCH STARUSZKÓW W KOLE

To następna sympatyczna lokalna impreza, na którą po raz wtóry - mimo ponad 500 km do przejechania - wybrałem się w tym roku. I podobnie jak w roku poprzednim ogromne podziękowania dla organizatorów za zorganizowanie wspaniałej zabawy dla wszystkich uczestników. Ta impreza zasługuje na szczególne uznanie przede wszystkim dlatego, iż oprócz jazdy i zwiedzania wielu ciekawych miejsc można było mi.n. porzucać stalowymi kulami do celu, czyli pograć w bule, pograć w mini golfa czy sprawdzić swoje umiejętności w innych zawodach sprawnościowych. Lecz niezapomnianych wrażeń dostarczyła również możliwość uczestniczenia w wielkiej paradzie przez miasto Kołem zwane... Można powiedzieć że prawie ci sami uczestnicy, te same autka, ale co roku inaczej i równie ciekawie.

- OGÓLNOPOLSKI ZLOT SYREN I WARSZAW W WARSZAWIE
I KARCZEWIE - NIESTETY SIĘ NIE ODBYŁ...

Naprawdę szkoda, ponieważ ta mająca już wieloletnią tradycję syreniarska impreza na stałe wpisała się w kalendarz imprez ogólnopolskich. Ale i czasy coraz trudniejsze a i ponoć jakieś dodatkowe przeciwności były uniemożliwiające organizację imprezy. Szkoda - również dlatego, iż była to praktycznie ostatnia tej rangi impreza w stolicy dla maluchów i ich rodziców pasjonatów polskiej motoryzacji lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ze względu na fakt iż wielu młodych "posiadaczy" produktów pochodzi ze stolicy lub miasta Łodzi, to była również stosunkowo tania impreza ze względu na koszty...

Mieć tylko należy nadzieję, iż kiedyś znowu uda się dzielnym pasjonatom syrenek i warszaw powrócić do tradycji spotkań i zlotów w Warszawie.

- ZLOT KRAKOWSKIEGO SMOKA CZYLI SPOTKANIE SYRENIARZY I POSIADACZY WARSZAW W KRAKOWIE

To impreza, która uratowała honor tych pojazdów na arenie ogólnopolskiej. Ktoś kiedyś powiedział, że kobiety to słaba płeć, ale to bzdura totalna ponieważ to One wspaniale zorganizowały i poprowadziły tę imprezę. Było w czasie jej trwania wszystko o czym można było tylko zamarzyć. I zwiedzanie Wawelu i wystawa pojazdów po nim, jazda wg opisu po górach oraz uczestnictwo w lokalnym festynie. Nie zabrakło również zwiedzania Kopalni Soli w Wieliczce. Czyli dla każdego coś miłego!

Trzy dni wspaniałej, arcyciekawej imprezy, i do tego za wcale niezbyt duże pieniądze nawet dla 3-4 osobowej rodziny. I choć spotkałem się z zarzutem części "posiadaczy" tych prawdziwych, oryginalnych syren, iż nie powinno się dopuszczać do takich imprez samoróbek to ja tam się dalej upieram iż moja "Piękna Rachela" i jeszcze dwie czy trzy przerobione syrenki były naprawdę interesujące i ciekawe, a wykazana przez ich budowniczych inwencja twórcza - godna naśladowania. Bo czyż nie lepiej jest dać skarpecie nowe życie (nawet z silnikiem od VW czy renault-a), niż miałaby skończyć na złomowisku?...


X JUBILEUSZOWY PIKNIK LOTNICZY W GÓRASZCZE, TO RÓWNIEŻ...

...wbrew pozorom liczący się akcent motoryzacyjny, a to za sprawą organizowanej corocznie przez Redakcję AUTOMOBILISTY na lotniczych błoniach wystawy pojazdów zabytkowych. W tym roku było ich kilkadziesiąt, w tym conajmniej kilknascie bardzo ciekawych i wartościowych. Moja biała warszawianka jak uboga krewna (choć bez specjalnych kompleksów) znalazła miejsce obok fantastycznie zachowanej czajki z kierowcą paradującym w kompletnym umundurowaniu oficera byłego ZSRR.

To naprawdę wyjątkowa okazja z jednej strony pokazania wielu dziesiątkom tysięcy zwiedzających tych starych pięknych aut, ale i z drugiej strony niepowtarzalna okazja do wymiany opinii z ich użytkownikami i możliwość bezpośredniego kontaktu z warszawskimi dziadkami, młodzieżą i dziećmi dla których widok kilkudziesięcioletnich autek jest tak samo egzotyczny jak kontakt z wypchanym dinozaurem. A ponieważ i pogoda w tym roku była łaskawą, to i jubileuszowa impreza była przednią.

III WIELKA BESKIDZKA ESKAPADA PATRIOTYCZNA

Jest również stałym punktem letniego rajdowania po kraju starymi pojazdami. I przykładem, iż jeden człowiek-orkiestra Pan Jacek może wspaniale zorganizować kolejną, coroczną wspaniałą imprezę, w której uczestnictwo może być przyjemnością. Te ponad dwieście kilometrów pokonanych krętymi górskimi drogami, możliwość zwiedzenia wielu ciekawych obiektów, to wspaniała coroczna przygoda w której miałem ponownie przyjemność uczestniczyć. I powiem więcej podobają mi się te Krakusy, ponieważ ani w tym roku, ani w latach poprzednich nigdy nie spotkałem się z przysłowiowym "uczuleniem na warszawiaków". Nie ma tam również podziału na auta lepsze i gorsze, droższe i tańsze. A i wśród uczestników nie spotkałem się nigdy z przypadkami brawury, szczeniackimi wybrykami czy jakimkolwiek niestosownym zachowaniem. To coroczny wzorcowy sprawdzian dla starszych i młodszych oraz ich motoryzacyjnych staruszków. I smutno tylko, iż od dwóch lat jeden i ten sam rajdowiec ma pecha: w zeszłym roku złamał sobie biedak rękę czy nogę, a w tym również potrzebna była specjalistyczna pomoc lekarska..., po prostu pech!!!

I na koniec - przepraszając organizatorów innych ciekawych imprez w jakich danym mi było uczestniczyć w tym sezonie - słów kilkoro o:

I POLSKO-LITEWSKIM RAJDZIE STARYCH SAMOCHODÓW W BIAŁYMSTOKU

Arcyciekawym dlatego iż, po pierwsze - pierwszym wspólnym rajdzie pojazdów z Polski i Litwy. Po drugie - ponieważ udało się przełamać (choć nie bez początkowych oporów) stereotyp o wzajemnej nieufności i uprzedzeniach. Fakt, na początku Litwini to jakby tylko po litewsku ze sobą rozmawiali i żadnego obcego języka znać nie chcieli, a przecież koniec końców towarzysze radzieccy przez dziesięciolecia rosyjskiego ich jakoby skutecznie uczyli... Ale już wieczorem, po jednej drugiej... herbacie, okazało się że i polski język nieobcy jest prawie każdemu z nich. Jeśli zaś dodać do tego obopólną życzliwość, pomoc przy czasami szwankujących maszynach, to okazało się, że nie taki sąsiad straszny jak go malują... (po obu stronach granicy).

Piękne i ciekawe były również autka jakimi przyjechali na zlot Polacy i Litwini, był nawet piękny, prawie siedemdziesięcioletni mercedes - kabriolet, którym na początki jeździli hitlerowscy generałowie, później sowietskie gienierały i politruki a obecnie mogły pojeździć polskie i litewskie dzieciaki. Nie zabrakło też gaz-ów z "nienaruszalnych magazinów", garbatych pobied czy legendarnych już wołg z jeleniem na masce... Tak, iż w tym towarzystwie mój peugeot 504-ka coupe wyglądał jak przysłowiowy małolat... Jeśli w przyszłym roku uda się zorganizować podobną imprezę chętnie weźmiemy w niej udział: Pani Ania, 504-ka i ja!

Podsumowując trzeba powiedzieć jedno. Z jednej strony jest coraz lepiej, ale z drugiej strony jest - coraz gorzej. Lepiej - albowiem jest coraz więcej imprez dobrze zorganizowanych, z dobrym programem, ciekawych, z drugiej - niestety, z powodu coraz droższego paliwa, coraz wyższych kosztów organizacji i tym samym uczestnictwa, wielu z nas staje przed bolesnym wyborem którą imprezę wybrać, na którą pojechać. Niestety to coraz częściej konieczność podjęcia decyzji czy jedziemy z rodziną na wczasy, czy na 2-3 dniowy zlot. Niestety, nasze poczciwe stare maszyny chleją po te 12-15 litrów na 100 km, a na "wachę" podczas jednej imprezy trzeba przeznaczyć już 400-500 zł... A życzliwości ze strony państwa dla starych, zabytkowych autek i ich właścicieli - trudno się dopatrzyć...

I ELBLĄSKI ZLOT SYREN

O tym, iż syreniarze na Pomorzu - a właściwie w okolicach trójmiasta - są aktywni wiedziałem od dawna. Docierały do mnie wiadomości o regularnych spotkanach w Gdańsku, Sopocie. Nie będę ukrywał, iż wyprawa na "wycieczkę" o łącznej długości trasy około czy ponad 800 km seryjną syrenką - to dośc kłopotliwa sprawa. Na szczęście od tych kilku juz ładnych lat jestem "posiadaczem" pomarańczowego laminatu z silnikiem 1600 cm3 (od vw/audi). Kiedy więc dowiedziałem się o I Elbląskim Zlocie Syren - rzekłem: jadę. Nie bez znaczenia w chwili podejmowania decyzji był również fakt, iż w Elblągu posiadam sympatyczną rodzinkę.

Aby zaś nie przedłużać, powiem tak:
W sobotę rano odpaliłem, pojechałem i w... 4 godziny dojechałem na miejsce. "Ruda Rachela" jest po prostu rewelacyjna i niezawodna. Sympatyczne jest również i to, iż średnie zużycie paliwa wyszło w granicach ok. 8 litrów/100 km.

W niedzielę rankiem udałem się na wskazany plac przed hotelem. Ponieważ dotarłem tam - jak się okazało - zdecydowanie zbyt wcześnie, to byłem nieco przestraszony, że odwołano imprezę, czy coś... Na szczęście koło południa zjechały syrenki i inne autka z Elbląga, Gdańska, Gdyni i innych miast Pomorza. Nie zabrakło leciwych syrenek, warszawianek i polskich fiatów, a ponadto dość licznie reprezentowane były stare motocykle.

Z bostonki dobiegała muzyczka "z epoki" czyli piosenki, marsze i inne melodie z PRL-u, co nie zawsze podobało się wiernym, zwłaszcza starszym powracajacym z pobliskiego kościoła. Z jednej strony coś tam marudzili pod nosem, że takie czerwone świństwa puszczają, ale z drugiej zaś - długo i cierpliwie zgromadzone cudeńka ogladali.

Po południu nie zabrakło oczywiście parady aut na ulicach elbląskiej starówki i nie tylko. Mieszkańcom bardzo się podobało. Szkoda tylko, iż tak mało informacji o planowanej imprezie znalazło się w lokalnej prasie. Ale wszystko do poprawienia przy okazji przyszłorocznego zlotu, na który już teraz deklaruję się wybrać…

P.s. Oczywiście i w powrotnej drodze "Piękna Rachela" spisała sie dzielnie i bez problemów. Powiem więcej - jak zwykle - ludziska dziwili się jak "takie cóś" mija normalne, seryjne i zdecydowanie nowe autka na E7. A reakcje były różne: od usmiechów, oklasków, podnoszonych kciuków do góry aż do prób scigania się przez tych, którzy poczuli się urażeni, że taka dziwna skarpeta ich wyminęła… Ale w takich przypadkach to Rachela mrugała prawym oczkiem, usuwała się na prawą stronę i zwalniała…


SEZON 2006

To niestety niezbyt dla przyjemy okres, częściej przyszło mi odwoływać udział w imprezach, niż w nich uczestniczyć. Czasami - jak w przypadku rajdu CARR-owskiego w okolice Pułtuska - telefon ze szpitala, informujący o wolnym miejscu i konieczności zgłoszenia się na zabieg, zmuszał mnie do opuszczenia braci miłujących motoryzacyjne starocie i udania się nastepnego dnia do pokoju z białą pościelą i kartą informacyjną na dolnej krawędzi łóżka…

Ale aby nie narzekać, to udało się nawet uczestniczyć m.in. peugeotem 504 coupe w 6-dniowym Międzynarodowym Rajdzie Pojazdów Zabytkowych BALONY 2006, zorganizowanym przy okazji Miedzynarodowych Zawodów Balonowych we Włocławku. Była fantastyczna pogoda, wspaniali ludzie na swych wspaniałych mniej lub bardziej zabytkowych pojazdach, pogoń za balonem, zwiedzanie zabytków. Szkoda tylko, iż te przejechane prawie 800 km, zmuszony byłem później troszkę odchorować, ale wyniosłem z tego jedną nauczkę na przyszłość - wielodniowe imprezy są już nie dla mnie.

Sympatyczną imprezą był również Miedzynarodowy Rajd Pogonii na Litwę. Srebrna 115-tka bez problemu zawiozłą i przywiozła nas do Białegostoku a poźniej do Druskiennik. I znowu wspaniała atmosfera, wspaniałe drogi (nam do takich jeszcze daleko) na Litwie, niewielka ilość pojazdów i niezapomniane wrażenia z Muzeum Komunizmu, gdzie na kilku hektarach zgromadzono to, co zostało po prawie siedemdziesięciu latach okupacji sowieckiej tego kraju, niedokończonym budowaniu ustroju powszechnej szczęśliwości - komunizmu. Niektóre "atrakcje" tam pokazane mogą śmieszyć nas, ale dla Litwinów są sposobem na odreagowanie, na podbudowanie ich świadomości narodowej. Bezpodstawne okazały się również obawy o ich wrogość wobec Polaków, choć na początku to żaden z nich nie mówił po polsku czy rosyjsku, to później okazało się że właściwie każdy starszy, powyżej 30-tki bez problemu radzi sobie z nimi. Roztropnym posunięciem okazało się zorganizowanie tej imprezy na terenach wschodniej Litwy, tej mniej "polskiej", niż Wileńszczyzna, kto oczywiście miał ochotę to poźniej i tak do Wilna i Trok pojechał sobie później już "prywatnie".

A przy okazji mieliśmy okazję do podziwiania ich motoryzacyjnych staruszków, również "na chodzie" choć czasami dość topornie odremontowanych. Choć trzeba przyznać iż już w 2007 roku jedna z załóg uczestniczących w następnym Rajdzie Pogonii fantastycznie odrestaurowaną wołgą gaz 21 pojechała dalej… aż do Wiednia! Sezon 2006 zakonczyliśmy z Anią uczestnictwem peugeotem limuzyną 504 w Rajdzie Pojazdów Zabytkowych na przeciwległym krańcu Polski w okolicach Zielonej Góry i Legnicy.


SEZON 2007

To już - z racji lepszej kondycji - "pełen wypas". Rozpocząłem od uczestnictwa w II Youngtimer Party w końcu marca w Poznaniu. Pomarańczowy laminat bez problemu dojechał, pojeździł i wrócił. Było naprawdę wspaniale, doskonała organizacja, próby sprawnościowe, wyścigi na torze (gdzie "pracownicza" syrenka z ukrytym pod maską silnikiem 1,6 l od audi/vw pozostawiła w tyle o wiele bardziej rasowe auta)… Co bardzo istotne również to wspaniała słoneczna pogoda i wzorowa, prawdziwie poznańska organizacja imprezy. W niektórych próbach udało się zmieścić nawet w drugiej dziesiątce zawodników

Jedyna "przykrość" to wysokość rachunku hotelowego w niedalekiej odległości od lotniska w Ławicy, ale warto było bo i aksamitna pościel, i śniadanie wliczone w pokój, a przede wszystkim bezpieczne miejsce dla syrenki na przyhotelowym parkingu (choć jakby trochę się "wyróźniała" wśród tych merców i bmw…

W kilka dni poźniej uczestniczyłem również na syrenie laminat w Rajdzie BGC w okolicach Sochaczewa. Choć o nieco innym charakterze, bardziej sportowa, z punktowanymi konkurecjami - ale również bardzo udana impreza, Aby było śmieszniej, traktując imprezę raczej rekreacyjnie udało nam się z kolegą Marcinem zająć chyba 14 miejsce na ponad trzydzieści startujących załóg.
I tak jak w przypadku Poznania jaki i w przypadku Rajdu BGC ogromnie żałowałem, iż konieczność udania się na badania okresowe uniemożliwiła mi uczestnictwo w letnich i jesiennych edycjach tych imprez.

Interesującą imprezą, choć wg mnie ze zbyt dużą liczbą uczestniczących pojazdów był kolejny Rajd Pogoni organizowany przez niezawodnego Pana Marka. Około 100 załóg, to choć to jedna z najliczniejszych tego rodzaju imprez w kraju - to już sprawiająca trudność w opanowaniu wszystkiego, choć obiektywnie trzeba stwierdzić, iż udało się to organizatorom. I znowu z podziwem mogliśmy obserwować dokonania grupy pasjonatów, zorganizowane przez nich Muzeum Starych Pojazdów w Białymstoku może być i jest przykładem, jak z niczego można osiągnąć tak wiele…, zważywszy iż oprócz wielu eksponowanych, wiele interesujących eksponatów czeka na swoją odbudowę.
To naprawdę ciekawa i interesująca wizytówka miasta i regionu, na terenie którego do tak niedawna jeszcze tak niewiele się działo…

I na zakończenie sezonu III Wołomiński Rajd Pojazdów Zabytkowych. Intreresująca impreza objazdowa połączona ze zwiedzaniem oraz odwiedzaniem ciekawych miejsc regionu… Podobnie jak w latach ubiegłych dobra organizacja imprezy. Było wszystko, włącznie z ogniskiem, kiełbaskami a na koniec w sympatycznej tawernie (!) w Wołominie podsumowanie imprezy oraz wręcznie dyplomów. Szkoda tylko, iż to jeszcze jedna interesująca impreza zorganizowana niedaleko od Warszawy, a nie w stolicy. Niestety po niezbyt chwalebnie zakończonych przed laty Ogólnopolskich Zlotach Syren Warszawa - nie możemy z naszymi pojazdami pokazać się tak, aby było to widać, słychać i czuć… To, że takie imprezy są ze wszech miar potrzebne, najlepiej pokazuje coroczna wystawa pojazdów zabytkowych organizowana przez Redakcję Automobilisty przy okazji Miedzynarodowego Pikniku Lotniczego w Góraszce, dzięki ogromne za to Jurkowi Kossowskiemu, naczelnemu "Automobilisty". Nic bowiem nie robi człowiekowi, tak dobrze jak widok setek, tysięcy mieszkańców stolicy oglądających z równym zainteresowaniem tak samoloty i śmigłowce jak i na nasze motoryzacyjne staruszki. Czasami widać iż emocje związane z ich oglądaniem są bardziej jeszcze emocjonalne, kiedy ojcowie i dziadkowie z łezką w oku wspominają iż taka właśnie syrenka, warszawa czy mercedes przed laty był w rodzinie przez długie lata…
I oby takich imprez było w tym roku więcej.


SEZON 2008

Sezon jak zwykle rozpoczeliśmy z "Rudą Rachelą" (czyli pracowniczą pomarańczową syreną laminatką) udziałem w ulicznej paradzie i wystawie starych pojazdow przy okazji zbiórki na Orkiestrę Wielkiej Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka. Nie ukrywam, iż miłym akcentem w tym roku był udział w impresie kilku syrenek. Jak wiadomo gospodarzem jak zwykle byli posiadacze uroczych autek z barbem lub ogórkiem w herbie, czyli VW-agenów. I jak przyjęło się już najwiekszą atrakcją dla uczestników i warszawiaków na Rynku Nowego Miasta w stolicy była możliwość przejażdżki dowolnie wybranym starociem.

Poźniej Bozia i Doktorzy sprawili iż danym mi było wraz z moimi autkami wziąć udział w kilku imprezach na terenie Rzeczpospolitej od Małopolski aż po Białostoczcyznę. Zawsze było miło i sympatycznie, Mogliśmy zwiedzić ciekawe mało znane miejsca, odwiedzić np. zakłady pracy do których normalnie nie mielibyśmy możliwości się dostać. Ale chyba najważniejsze w tym naszym wspólnym jeżdżeniu jest to, iż można te kilka razy spotkać się z ludźmi tak samo "nawiedzonymi" na punkcie starych samochodów a przede wszystkim, iż można te autka zaprezentować szerokiej rzeszy rodaków.

Nowe imprezy w okolicach Warszawy i w samej stolicy, czy cykliczne już rajdy takie jak Międzynarodowy Rajd Pogoni, Rajd Szlakiem Republiki Partyzanckiej w okolicach Krakowa i Kielc i wspaniałe imprezy ściągające coraz większą ilość pasjonatów i ich wspaniałych autek.

Impreza, która właściwie zamykała zezon 2008 rok, czyli wieczorne "Kino Letnie" na Placu Konstytucji w listopadzie. Nowa jakość, nowa sprawa prawie taka "amerykańska", czyli oglądanie filmów wieczorową porą prosto z aut. Fakt, miejsce dość ruchliwe i oświetlone neonami, tramwaje jeżdżące obok, repertuar może zbyt ambitny jak na te okoliczność, ale... najważniejsze było chyba to, iż po raz pierwszy na takiej imprezie udało się zgromadzić dość pokaźną grupę wiekowych autek, w tym nawet dwa autobusy marki Jelcz popularnie zwane ogórkami... Początki bywają trudne, ale chyba warto było to zrobić.

Podobnie miała się sprawa z rajdem starych pojazdów po ulicach stolicy połączonym z prezentacją pojazdów na Nowym Świecie, gdzie warszawiacy przez kilka godzin mogli podziwiać kilkadziesią autek, od "białych motoryzacyjnych kruków" z pierwszych lat ubiegłego stulecia do poczciwych syrenek i fiatów 125p, z pierwszych lat produkcji "kredensami" dziś już zwanych".

Udaną imprezą był również coroczny Miedzynarodowy Piknik Lotniczy w Góraszcze, gdzie dzięki staraniom Redakcji Automobilisty przez dwa dni dziesiątki tysięcy warszawiaków i przyjezdnych mogło podziwać oprócz zabytków latających, również kilkadziesiąt ciekawych zabytkowych autek przybyłych na prezentację z najodleglejszych zakątków naszego kraju. Zaś prawdziwą perełka imprezy był odbudowany już prawie samochód pancerny z okresu wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku.

I a koniec wspomnę o imprezie może podobnej do wielu, ale jakże bardziej zapadającej w serca uczestników. Na Rajdzie Szlakiem Republiki Partyzanckiej do udziału włączono... dziatwę z jednego z miejscowych domów dziecka. I właśnie wspólna zabawa, wspólne rozgrywanie prób zręcznościowych z tymi biednymi maluchami, a na koniec rysunki od nich - dała dla wielu z nas o wiele więcej satysfakcji niż otrzymany czasami piękny puchar czy nagroda rzeczowa. Ta ich radość to było właśnie to, co jest największą satysfacją co czynimy w swoim działaniu...


Rok 2009

Podobnie jak w latach ubiegłych sezon rozpocząłem tym razem z "Zieloną Żabą", czyli z fiatem 127p udziałem w akcji zbiórki pieniędzy w Akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w styczniową niedzielę na ulicach Warszawy. Niestety pierwsze tygodnie nowego roku potwierdzają iż niestety kryzys dotknął i nasze środowisko. Kilka imprez już wypadło z planów na ten sezon. Są na szczęście jednak i tacy, którzy się nie poddają - i oby im się udało...


     
Listy gończe Do ślubu