|
Masz problemy ze słuchem? Chcesz mieć jeszcze większe?
KUP SOBIE SYRENĘ BOSTO - PIERWSZY POLSKI MINI VAN!!!
A tak zupełnie poważnie, to kiedyś ponad 30 lat temu z okazji lipcowego
święta zaprezentowano nowy model dostawczej syreny - 104 BOSTO, a w rok
później uruchomiono produkcję modelu 105 Bosto. Od samego początku
stała się ona przedmiotem marzeń wielu rzemieślników, ogrodników,
handlarzy i rolników. Nie była tak archaiczna jak warszawianka combi,
nie pochłaniała olbrzymich ilości paliwa, a przy swojej ładowności od
350 do 450 kg (w zależności od zastosowanego ogumienia). Na pakę ładowano
oczywiście czasami o wiele więcej… Znakomicie
sprawdzała się w swojej roli. Miała też tę niepodważalną zaletę, iż
od święta w części tylnej można było zamontować dodatkowe siedzenie i
wtedy cała 4-osobowa rodzina mogła udać się w niedzielę do kościoła.
Był to więc taki jeden z pierwszych europejskich minivanów, choć takie
"blaszaki" produkowali już producenci francuscy i włoscy.
Kiedy więc w moich zbiorach były już: 100, 110 i laminaty to naturalną
koleją rzeczy było rozpoczęcie poszukiwań modelu Bosto. Trwało to niestety
dość długo, ponieważ ta wersja nadwoziowa była dość intensywnie eksploatowana
przez użytkowników. Do naszych czasów - mimo iż od zakończenia produkcji
modelu płynęło tylko nieco ponad ćwierć wieku - dotrwało niewiele
egzemplarzy zadbanych, o znacznym stopniu oryginalności,
przede wszystkim z powodu podatności na korozję zewnętrznych
elementów nadwozia. A ponieważ "blachy" do tego modelu były stosunkowo
trudne do nabycia (rzemiosło praktycznie ich nie wytwarzało), to co
pozostało można określić krótko "strychnina".
Ale dobry Bóg czuwał nad swoim grzesznym synem, rozwodnikiem i pewnego
pięknego wiosną 2004 roku w poczcie elektronicznej znalazłem
propozycję odsprzedaży takiego auta, a właściwie chyba trzech egzemplarzy.
Jeden odpadł z powodu paranoidalnej ceny, nieadekwatnej nawet do wizualnej
propozycji (chyba to była najwyższa cena za 1 kg korozji), drugi był
na fotkach nawet przyzwoicie wyglądającym autkiem, ale "posiadacz",
myślę że handlarz-pośrednik, przekonywał mnie o wyjątkowej
wartości historycznej i unikalności jego egzemplarza.
Natomiast trzecia propozycja zaintrygowała mnie. Ze Złotowa, od
sympatycznego Pana Józefa Czajki - nauczyciela z jednej z tamtejszych szkół
średnich otrzymałem propozycję odkupienia "bostonki" stanowiącej własność
jego taty, emerytowanego pszczelarza. Choć młoda wiekiem (rocznik 1983)
miała już bogaty i ciekawy życiorys, rodem jak z kryminalnych filmów.
Ponieważ została zakupiona przed ponad dwudziestoma laty z salonu
przez starszego
już pana, to nie została "skatowana", a służyła okazjonalnie do wożenia
słoików z miodem z własnej pasieki na okoliczne targowiska. Łącznie
przejechała "w swoim życiu" nieco ponad 35.000 km! Tyle, że…
Została skradziona właścicielowi i użyta przez lokalnych gangsterów do
dwóch napadów na sklepu GS-u i na jeden magazyn. Znaczy się była narzędziem
przestępstwa, jako że jej duża powierzchnia ładunkowa pozwalała na
załadowanie wielu kartonów z deficytowymi wtedy winami marki "wino",
cukrem, makaronem i innymi trudno dostępnymi produktami…
Niestety przeciążona ładunkiem i złodziejami wpadła na drzewko w lesie,
rozbiła sobie błotnik i reflektor, zablokowała koło i zakopała się w
piachu. Na szczęście wrogie, antysocjalistyczne elementy i pasożyty
nie znały brutalnych metod naszych współczesnych mafiosów w czarnych
bmw i "bostonka" została… rozładowana z trefnego towaru i…
własnie - nie spalona, a porzucona w lesie!!! Kiedyś też, przed laty
włościanie nie rozbierali porzuconych w lesie autek przez pół godziny
na części, a tylko powiadomili ukochaną, socjalistyczną milicję o
znalezisku. I autko powróciło do właściciela. Po remoncie zatartego
silniczka skarpeta zagdakała swoim urodziwym grzechotem
urokliwą melodię i roznosząc woń paliwa zmieszanego z miksolem jeździła
w okolicach ślicznego miasteczka Węgorzewem zwanego. Później przez
kilkanaście lat właściwie garażowała, aż właściciel garażu postanowił
odzyskać swoją własność dla świeżo nabytego auta. Stąd pomysł zbycia
tego autka.
Gdy dotarły do mnie zdjęcia od tyłu przodu i z boku oraz wnętrza to nie
zastanawiałem się zbyt długo i… wybrałem się do Złotowa. Ponieważ
Pan Czajka remontował właśnie uroczą renówkę 4-kę (w b. dobrym stanie
mechanicznym i niezłym blacharskim), to przy znanej wysokości uposażenia
nauczyciela na prowincji, liczył się każdy grosz… Nabyłem więc bez
wahania to autko i w tydzień później podjąłem heroiczną próbę przyjechania
do domciu. Na szczęście autko miało przegląd, to po ubezpieczeniu pojazdu
mogłem ruszyć.
Nie dojechałem jednak zbyt daleko, po niecałych dwóch kilometrach zabrakło
paliwa…
Powiem tak: zakupienie paliwa na ponad 380 km jazdy, linki holowniczej,
kanistra, trójkąta ostrzegawczego ostrzegawczego kilku żarówek
znacznie… przewyższyło cenę zakupu auta!!!
Sama podróż przez Bydgoszcz, Toruń, Płońsk do Warszawy trwała ponad 10
godzin (z niewielkim przerwami na papu i tankowanie), odbyła się w deszczu
i w zapadających wcześnie ciemnościach, czasami bardziej "na czuja" niż
cokolwiek widząc, jako że trzydziestoletnie żaróweczki przy marnym
ładowaniu niewiele światła dawały… Jak w końcu prawie już przed północą
dojechałem do Warszawy to bolały mnie ręce, głowa od potwornego pogłosu
we wnętrzu tego auta, dupsko i oczęta…
Nie wspomnę już o kilkakrotnym podwiązywaniu drutem urywającego się z
wieszaka tłumika…
No coż, na aktualny stan zdrowia też trzeba sobie zapracować,
nie można wszystkiego zrzucać na "złe geny".
Kilka miesięcy później autko było już po niewielkim remoncie nadkoli
tylnych, wymianie maski i przednich błotników oraz
po malowaniu i niewielkim remoncie mechanicznym. Pomykało po stołecznych
ulicach na "nowych", fabrycznych z "cyckami" jeszcze gumach, dalej
niemiłosiernie grzechotało w środku, ale ludziska oglądali się za nią
na ulicach, inni kierowcy podnosili kciuki do góry i uśmiechali się.
A to było takie miłe w czasach powszechnej nietolerancji i agresji
na ulicach…
Teraz trzeba tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać, a może na
horyzoncie pojawi się jeszcze rolnicza R-20, albo jej zubożona krewna
(bez drzwi!), zwana chyba "Mułem"? Może inny prototyp polskiego autka z
lat 60-tych czy 70-tych, jakich kilka wtedy powstało na bazie syreny…
Może gdzieś jeszcze zachowała się wersja kombi?!
I znowu - z powodów jak w przypadku 105-tki limuzyny, również i "Bostonka"
latem 2005 roku zmieniła własciciela. Został nim Pan Tomasz z Teresina
k/Sochaczewa. I w tym przypadku mam nadzieję, iż będzie cieszyła swymi
wdziękami wielu pasjonatów tych autek na zlotach i rajdach.
|