|
FIAT 500 lub jak kto woli SIMCA 500

• 80 lat temu - było to cudowne, małe, nowe autko, które właśnie opuściło fabrykę,
• 70 lat temu - było to "porzucone mienie poniemieckie",
• 30 lat temu - był to praktycznie porzucony wrak i totalna korozja,
• 25 lat temu - "Pomysłowy Bogusław" włożył "nowy" silnik XXXL,
pospawał, odbudował,
• 8 lat temu - nowy właściciel próbował ponownie reanimować wkładając
w to wiele czasu i pieniędzy, autko,
• od 2 lat - ja "walczę" z tym cudem masowej, włoskiej motoryzacji,
• dziś - "SZPETNA JULCIA" dostała nowe życie, jednych cieszy,
innych oburza.
I tak w skrócie można by sklecić historię tego 80-letniego (przynajmniej
w części) autka.
Co działo się i kto był właścicelem tego uroczego autka (w wersji oryginalnej)
przed i w czasie II wojny światowej - dziś już właściwie trudno ustalić. W
pierwszych zachowanych dokumentach widnieje auto to jako Polski Fiat 500 Simca
z 1938 roku.
Faktem jest iż w dniu 12 marca 1949 roku na mocy "Dekretu o przuconym majątku
poniemieckim" z 1946 r, właścicielem stał się obywatel miasta Białegostoku
Leonid Litwin. Zachowane dokumenty wskazują na to, iż przynajmniej do końca lat
pięćdziesiątych był właścicielem tego auta.
Późniejsze umowy kupna-sprzedaży
wskazują na jeszcze 2 właścicieli, przy czym ostatni - jako że te "maluchy" były
mimo swojej technologicznej prostoty, dość awaryjne i uciążliwe dla mechaników
- w stanie czystego, zdrowego rozkładu, czytaj: w postaci totalnego wraku i
absolutnej korozji, złożył go w gospodarskiej stodole.
W takim własnie miejscu i stanie wynalazł go (a właściwie to co z auta pozostało
- p. fotki) Pan Bogdan Wieczryński - również z miasta Białegostoku, pasjonat
motoryzacji i technik budowlany, który nabył te "pozostałości" w 1972
roku za niebagatelną na tamte czasy sumę 3.000 zł (co wg mnie było niczym
nieusprawiedliwioną dewiacją i rozrzutnością, jako że w trzy lata później za
4,500 zł nabyłem pierwszą garbatą warszawiankę na chodzie i z papierami).
Znaczy się Gościu był totalnie "napalony" jakby się dziś rzekło.
Przez kilka następnych lat ocalałą karoserię wyposażył w "nowy" silnik też o
fiata, tyle że w rozmiarze XXXL tj, o pojemności zamiast fabrycznych 500 cm na
motorek o pojemnosci 1500 cm! Wymienił, dorobił i adoptował: ramę, zawieszenie
przednie, tylny most, skrócił wał napędowy i poszerzył tylne błotniki na które
zamontował dwie miniaturowe chłodniczki, jako że w komorze silnikowej oprócz
motoru to już nawet pustej koperty wcisąć się nie dało.
Co ciekawsze zachowana lista zakupów nowych części od półosiek i dorabianej szyby,
do śrub i małych śrubeczek liczy wg racunków grubo ponad sto pozycji.
I stał się CUD! "TO-TO" przeszło skomplikowane badania techniczno-drogowe i
przez Wydział Ruch Drogowego Urzędu Miejskiego zostało dopuszczone do ruchu
po drogach publicznych!
Jako, że Pan Bogdan był człowiekiem wielce mobilnym jak na tamte czasy, to "TO-TO"
przez kilka kolejnych lat przejechało ponad 25.000 km po drogach Polski, byłego
ZSRR, Węgier i Czechosłowacji.
Następnie historia się powtórzyła i… autko wylądowało w kolejnej szopie
czy stodole.
Tam najprawdopodobniej "leżakowało" aż do roku 2000, kiedy zmieniło ją na
przydomową stolarnię i raz jeszcze następny optymista uwierzył, iż tym da się
jeździć. Fakt, trzeba oddać sprawiedliwość iż sporo zostało znowu przy autku
zrobione, autko odpalono, nawet przeszło badania i ponownie zostało
zarejestrowane, tyle, że się notorycznie ponoć przegrzewało (od silnika do
chłodniczek będzie jakieś min. 2,5 m wąskich przewodów)
i co najgorsze w dalszym ciągu było czterośladem, co zauważyłem niestety
dopiero po ponownym uruchomieniu auta w stolicy (na śniegu było widać to jak
cholera, jakoś tak "szło" ukosem i na zakrętach zarzucało).
Ale od wiosny 2006 roku, to już mój problem, albowiem jak "TO-TO" zobaczyłem
raz pierwszy wciśniete pod jakieś półki w przydomowej stolarni, to zmiękczyło
się serduszko moje (pewna, złośliwa nieco Kobieta stwierdziła później, iż był
to wynik znacznego uszkodzenia w wyniku przebytego zawału tego mięśnia,
a właściwie wyłączenia jego płatu przedniego). Autko to było (i jest obecnie również)tak totalnie
"skundlone", ale z drugiej strony tak piękne w swojej szpetocie, iż postanowiłem
iż będzie moją… "SZPETNĄ JULCIĄ"!!!
O kosztach zakupu - zachowując resztki zdrowego rozsądku - nie będę wspominał,
na szczęście poźniej odpłaciła mi dość umiarkowwanymi kosztami przywrócenia jej
do użytku.
Z poważniejszych spraw problemem okazała się dość znaczna różnica odłegłości
pomiedzy kołami z lewej i prawej strony, że aż dziw iż most się nie rozleciał.
Na szczęście tu odcinając, tam przyspawując, wspierając się łomem i młotkiem udało
się przywrócić równoległość przedniej i tylnej osi. I autko jeździ jak burza.
W zasadzie to własnie burza i opady sprawiły iż podczas debiutu w Rajdzie
Wołomińskim jesienią 2006 roku, "zrobiło się" gdzieś przepięcie i do
Warszawy wróciliśmy na holu.
I tu wielkie dzięki organizatorom, iż pomogli wrócić do domciu.
Fakt, było trochę wstyd, ale po wymianie zapłonu na eklektroniczny, problemy
z instalacją się skończyły. Przy okazji powojowaliśmy, trochę z kołami, oponami,
najpierw wymieniając "balony" 195x13 na 165x13" (tu autko stało się optycznie
lżejsze i urokliwe), a poźniej felgi wraz z oponami na 14", kiedy zaś dołożyłem
dekle ozdobne "niby szprychy" (temu autku i tak już nic nie może zaszkodzić ani
go skundlić) - to jazda stała się przyjemnością.
Na 2008 rok pozostało jedynie wymienić tapicerkę i roll-dach, który niestety
przy najmniejszym deszczu przecieka, ale w słońcu jazda ze złożonym dachem i
wystającą od góry łysiną to już prawdziwa przyjemność!
Na koniec zaś chwila refleksji: jak informują o tym stosowne etykiety
"TO NIE JEST ZABYTEK", więc niech schowają dla siebie durne uwagi w stylu:
"jak można zeszpecić było takie śliczne autko", młodzi znawcy i koneserzy
starej motoryzacji, którzy wiedzą wszystko i najlepiej.
Dla mnie "Szpetna JULCIA" jest cudownym autkiem i świadectwem jak zdesperowani
musieli być przed ponad ćwierćwieczem młodzi pasjonaci motoryzacji, jak wiele
musieli włożyc pracy i starań, aby w miejsce 500-tki włożyć silnik 3x większy,
skrócić wał, adoptować tylny most i przednie zawieszenie, poszerzyć karoserię z
tyłu i…. przejść drogę przez mękę biurokracji bay wprowadzić to autko na
drogi publiczne PRL-u… Dziś za 500 do 3000 zł, można kupić poldka, golfa
czy alfę-romeo i po włożeniu "bajeranckiego" tłumnika, założeniu spojletów z
tworzywa zadawać szpanu na podstołecznych czy wiejskich drogach, być młodym
dumnym ze swoich "dokonań" człowiekiem. Wiem, że widok "Julci" budzi
każdorazowo więcej niż sprzeczne uczucia, że to "kundel", że profanacja, że nie
powinno dopuszczać się czegoś takiego do udziału w rajadach i zlotach itd., ale
dla mnie jest to cudowna maszyneria, która przy 50-60 km/h płynie przyklejona
do nawierzchni, przy 80-90 km/h wesoło podskakuje na naszych równiutkich jak stół
z powyłamywanymi nogami ulicach, a przekroczywszy 100-tkę sprawia wrażenie jakby
chciała się wznieść w przestworza (i tu należy zaprzestać dalszych
eksperymentów).
A tak naprawdę, to ile autek, na tych naszych prowincjonalnych zlotach i
rajdach amatorskich może i ma prawo nosić miano zabytków motoryzacji? Ile z
nich można nazwać egzemplarzami kolekcjonerskimi? Odpowiedź jest banalnie prosta:
najwyżej 10-15%! Pozostałe 85-90% - to autka stanowiące powód do dumy dla swoich
własciieli, ale prawie zawsze w mniejszym lub większym stopniu skundlone, do
których poprzedni i obecni właściele włożyli wiele detali od innych aut…
A to warszawianka czy gaz z silnikiem mercedesa, to przedwojenny polski fiat z
silnikiem poloneza, czy choćby syrenki, wartburgi, fordy, czy garbusy w których
tak wiele jest zamontowanych obcych dla tych modeli i roczników części.
Fakt, oryginalny silnik od gogomobila (nie spominając już od hondy czy popularnego
malucha) zamontowany w mikrusie oczywiście będzie gwarantował długie lata
bezawaryjnej jazdy… Ale czy to będzie dalej zabytkowy mikrus?!…
Szanujmy więc wysiłek naszych ojców i dziadków, którzy włożyli naprawdę wiele
wysiłku aby nadające się już tylko na złom strucle ożywić i dalej nimi jeździć.
A najlepszym przykładem może być ford z lat sześćdziesiątych, któremu
najprawdopodobniej po poważnej "czołówce" założono blachy przodu od
wołgi 21 (która pojawiła się ostatnio w inernecie…).
Zostawmy te auta w takim stanie w jakim je zastaliśmy. Powrót do oryginału
i tak będzie zbyt drogi i nieopłacalny. Prawo zaś do noszenia dumnej nazwy
zabytków starej motoryzacji pozostawmy zaś tym prawdziwym zabytkom,
które startują w Mistrzostwach Polski Pojazdów Zabytkowcy, lub są skrzętnie
skrywane przed obcym okiem przez bogatych właścicieli w ich
"stajniach-garażach" obok lub pod rodzinnymi domkami o powierczhni
300-500 m2…
|