|
"WARSZAWIANKA" PŁYNIE JAK HRABIANKA W TAŃCU,
LECZ RÓWNIEŻ CHLEJE WACHĘ JAK DZIWKA Z PIGALAKA…
Popularna przed wieloma laty, marzenie tych bardziej uprzywilejowanych
obywateli PRL-u lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, auto które
można spotkać na polskich drogach mimo, iż od zakończenia produkcji
minęło ponad trzydzieści lat…. Ale również i samochód, który
staje się u nas klasykiem i autem prawie kultowym.
Więcej, na II Zimowym Zlocie Syren i Warszaw w Łodzi w marcu 2004 r.
pojawiło się więcej warszawianek, niż w roku poprzednim. Mało tego,
autka są w coraz lepszym stanie, odbudowywane czasami od podstaw
mają coraz mniej "wynalazków" i są coraz bardziej zgodne z oryginałem,
co jest przecież coraz trudniejsze do wykonania, zważywszy, że prawie
nieosiągalne są już choćby na rynku wtórnym czy aukcjach internetowych
elementy blacharskie, np. zderzaki.
Niestety w mojej rodzinie warszawianka żadna się nie pojawiła, tylko
brat matuli posiadał ich kilka, zawsze były obiektem mojej zazdrości
i podziwu… Raz tylko przed prawie trzydziestu laty miałem
"przyjemność" holowania zimą warszawianką przez kilkadziesiąt kilometrów syrenki
po oblodzonej szosie. Wrażenia były nie do opisania, auta szły jak
burza, skarpetą z zaciągniętym "ręcznym" rzucało z lewej na prawą stronę.
Całe szczęście, że były bandy śnieżne po pługu odśnieżającym - to i
dojechaliśmy do stolicy.
W moich zbiorach było kilka warszawianek, w tym jedna piękna, czerwona
i garbata. Niestety były w moim życiu obok lat tłustych i chude więc zdarzyło
się iż musiałem rozstać się z garbatą - przed rozwodem aby jej nie dzielić
na pół. Życie dopisało szczęśliwe zakończenie - dziś jest ona
eksponatem muzeum motoryzacji w Krakowie. Nie rozpaczam bardzo po
niej ponieważ zewnętrznie była śliczna, natomiast mechanicznie była
skundlona: z silnikiem górnozaworowym i skrzynią biegów od uaz-a,
biegami w podłodze.
Granatową 204-ką sedan, którą też kiedyś przez kilka lat posiadałem,
młody człowiek codziennie rano dojeżdża do pracy w
Warszawie.
Byłem również "posiadaczem" jasno szarej 224 z 1970 roku, którą
nabyłem od emerytowanego pułkownika LWP. Auto tow. pułkownika przez
kilkanaście lat woziło go służbowo, później z nim przeszło na
emeryturę. Na szczęście nie dokonano żadnych rewolucyjnych
"usprawnień" i jest w 100% oryginalne, włącznie z blachami błotników!
Ponieważ trzeba było odrobinę pewne elementy szpachlować, to
całościowo położony został również lakier i… autko odpalało
zawsze za pierwszym razem nawet po kilku tygodniach stania.
O tym jak jest wygodne najlepiej świadczy fakt, iż malutka córeczka
przyjaciela zwykła mawiać: "Ja chcę jechać z tym wujkiem co ma takie
autko w którym z tyłu jest wersalka jak u babci!!…"
Oczywiście chciałbym powrócić do tematu garbuski, ale jestem realistą
i kasy nie wystarczy aby kupić taką zgodną z oryginałem, natomiast
doprowadzenie "kundla" do oryginału wydaje mi się prawie już dziś
niemożliwym przedsięwzięciem. Choć mam komplet błotników i oryginalne
fabrycznie nowe światła tylne, to jest już coś na początek…
Latem również 2005 roku, po nieudanym "zamachu" na moje życie i zdrowie
(przyszło mi zmieniać na "gierkówce" w ponad 35° upale koło, co okupiłem
na szczęście przejściowymi kłopotami z serduchem, a trzeba wiedzieć,
że wymiany koła można dokonać podnosząc tył pojazdu na dwa podnośniki,
jeden podstawiany pod budę, drugi pod tylny most, o ciężarze koła od
warszawianki już nie będę wspominał) "Biała Dama" trafiła w ręce
Pana Marcina z Warszawy. Że zaś trafiła dobrze to mogłem poźniej
kilkakrotnie przekonac się spotykając ją na zlotach. Szkoda było się z
nią rozstawać, ale dosłownie i w przenośni "była ponad moje siły".
|